Wasza nowa płyta oparta jest na klasycznej poezji takich gigantów, jak Leśmian, Tuwim czy Wyspiański. Nie baliście się, że w czasach emotikon i maksymalnego skrótu, piosenka poetycka trafi w próżnię?
Barbara Wrońska: Wszystko zależy od tego, jakich wierszy użyje się w piosence. My od początku kładliśmy nacisk na to, żeby utwory, do których piszemy muzykę były proste i w miarę możliwości czytelne. Zwracaliśmy też uwagę na to, by były to wiersze bliskie naszej piosenkowej estetyce. Właśnie dlatego nie sięgaliśmy po siedemnastozwrotkowe ballady, tylko bardziej komunikatywne rzeczy.

Te piosenki nie mają takiej siły rażenia, jak utwory z poprzedniej płyty Pustek „Koniec kryzysu”. Nie mogliście całkowicie uniknąć archaicznego języka i formy, które jednak tworzą pewien dystans.
Radosław Łukasiewicz: Na pewno trzeba się lepiej wsłuchać, ale zgadzam się z Basią, że te wszystkie wiersze są bardzo komunikatywne. Na przykład z twórczości Gajcego wybraliśmy „Wiersz o szukaniu” - jeden z niewielu jego utworów, który nie był przesiąknięty turpistyczno-męczeńską aurą. Myślę, że chodzi głównie o to, żeby postawić na nową jakość w piosence, a nie „odśpiewywać” wiersze. Z utworu „Wesoły jestem” Wyspiańskiego wykorzystaliśmy zaledwie jedną trzecią oryginału. Podobnie było z liryką Leśmiana, z którego utworów także wzięliśmy tyle, ile potrzebowaliśmy. Sądzę, że w takiej właśnie prostej, skromnej formie, poezja może docierać do ludzi.

Może któryś z tych wierszy uderzył was swoją aktualnością? Kiedy przygotowywałem się do tego wywiadu znalazłem fragment wiersza Wyspiańskiego, który jak ulał pasuje na przestrogę dla współczesnych artystów. W „Bóg wam zapłać koledzy za miłość do sceny”, pisze on: „Nie o posadę staram się zyskowną, gdzie mój talencik byłby opłacony, lecz chcę by w dziele stworzyć myśl przytomną, by szaniec myśli był myślą stawiony”.
R.Ł: Kojarzę ten wiersz, bo kiedy wybieraliśmy z pośród dzieł Wyspiańskiego ten tekst był jednym z kandydatów na piosenkę.

B.W: Dla mnie aktualny jest wspomniany „Wiersz o szukaniu” Gajcego, który znalazł się na nowej płycie. Ja go odbieram jako tekst traktujący o kondycji zagubionych młodych ludzi, o współczesnych zblazowanych 30-latkach, którymi za chwilę będziemy.

R.Ł: Bardzo na czasie jest też zamykający płytę „Notes” Słonimskiego. Ktoś może pomyśleć, że to utwór zrozpaczonego niedobitka wojennego, który stracił większość swoich przyjaciół, a tak naprawdę to o wiele bardziej uniwersalny tekst o samotności i wyalienowaniu współczesnego człowieka.

B.W: Nie wspominając już o „Trawie” Tuwima. Wszyscy wiedzą, że to wiersz o marihuanie, przecież facet chce się w nim „uzielić” – to bardzo aktualna sprawa.


Moim zdaniem twórczość Pustek lepiej określa poezja Leśmiana. On stworzył m.in. cykl wierszy „Oddaleńcy”. Jego podmiotem zbiorowym jest głos rozgoryczonych indywidualistów i wrażliwców, nie godzących się na szarość i jałowość mieszczańskiego życia. To określenie bardzo mi do was pasuje. Czujecie się „oddaleńcami”?
B.W: W jakimś sensie to do nas pasuje, bo jednak ciągle robimy swoje i nie oglądamy się na mody panujące wokół. A na gorycz jeszcze chyba jesteśmy za młodzi.

„Koniec kryzysu” przez wielu uważany jest za najlepszą płytę kilku ostatnich lat. Coś to zmieniło w waszym życiu? Pytam a propos goryczy, bo zastanawiam się, czy taki zespół jak wasz, ma szanse żyć tylko z grania. Czy dodatkowe zajęcia to fanaberia czy konieczność?
R.Ł: Sukces tej płyty na pewno nas zmobilizował, dlatego nowa ukazała się tak prędko. Gramy też znacznie więcej koncertów i mamy zaplanowaną już dużą trasę na styczeń. Tu wszystko działa z rocznym albo nawet dwuletnim opóźnieniem. Dopiero teraz czujemy, że zaczynamy zbierać owoce „Końca kryzysu”. Tak czy siak udaje nam się utrzymać z działalności Pustek.

Chciałbym jeszcze wrócić na chwilę do Leśmiana, bo wydaje mi się on ważny z jeszcze jednego powodu. To poeta, który kierował się filozofią Bergsona, gloryfikującą posługiwanie się instynktem i intuicją. Wiem, że tak właśnie powstawał poboczny projekt Basi i jej siostry Zuzy „Ballady i romanse” – płyta nagrana spontanicznie na zwykłych domowych sprzętach. Ten sam rodzaj spontaniczności czuć w twórczości Pustek – to dlatego wasze utwory nie brzmią jak „wymyślane” kompozycje?
R.Ł: Coś w tym jest, ponieważ sporo piosenek i tekstów powstało niejako samoistnie, przez przypadek. Kiedy w maju przebywałem u znajomych w Podkowie Leśnej trafiłem na tomik prezentujący przekrój poezji XX wieku i tam znalazłem „Notes” Słonimskiego. Zrobiłem ksero i pokazałem ten wiersz Basi. Niemal natychmiast pojawiła się jakaś melodia i zarys akordów. Kiedy wybieraliśmy wiersze na płytę nie było żadnej górnolotnej koncepcji w rodzaju: „Interesują nas wyłącznie nietzscheańscy poeci” albo „neoromantyzm połączone z new romantic”. Wszystko działo się bardzo spontanicznie. Bywało nawet tak, że często utwory w wersjach roboczych nagle stawały się docelowymi kompozycjami, tak jak było np. ze „Znojem” Leśmiana. Basia śpiewa nowe melodie do wierszy, „na rybkę”, kiedy nie ma jeszcze gotowego tekstu, żeby nie śpiewać zupełnych bzdur. Zaczęła więc nucić „Znój”. Po kilku miesiącach prób okazało się, że ten tekst tak przyległ do melodii, że nie wyobrażamy już sobie innej wersji, mimo że były próby napisania innych słów do tego utworu. Zresztą podobny był los „Dłoń zanurzasz we śnie”.

Trudno nie zauważyć mody na klasyczną poezję, że wspomnę, choćby składanki: „Broniewski”, „Wyspiański wyzwala” czy „Poeci”. Skąd się wziął ten trend? Bo mam wrażenie, że wielu artystów snobuje się na poezję, zupełnie jej nie rozumiejąc. Czy stoi za tym coś jeszcze? Może chodzi o odczarowanie współczesnego świata, odartego z tego mistycyzmu i duchowości, jaką można znaleźć choćby w wierszach Leśmiana?
R.Ł: Tu trzeba rozróżnić dwie kwestie. Pierwsza to wysyp „piosenek patriotycznych” – dla mnie zupełnie niezrozumiała rzecz. Kilku dziennikarzy próbowało nas podciągnąć pod ten trend, ale ja się z tym zupełnie nie zgadzam i nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Nie mam problemu z tym, że kilka lat temu ukazał się album „Powstanie warszawskie” Lao Che, na którym było kilka fajnych piosenek, ale to co się działo później, to jakaś histeria. Piosenki Akowców, piosenki wyzwoleńcze, piosenki powstańcze – ileż można? Dla mnie to trąci koniunkturą.


Nie chcę was martwić, ale niebawem czeka nas rok chopinowski, i aż boję się myśleć, co się będzie działo za kilka miesięcy.
R.Ł: Tu akurat nie ma problemu – myślę, że decydenci powinni zaprosić zespół Muse, który, sądząc po ich ostatniej płycie, chętnie wziąłby Chopina na warsztat. Ale rozumiem ich fascynację – jak zaczynałem grać ćwiczyłem na polonezie As – dur. Nawet chciałem nagrać kiedyś utwór inspirowany Chopinem. Ale wracając jeszcze go naszej płyty - „Kalambury” to po części reakcja na prośby fanów. Bo nasze utwory ze składanek w hołdzie Broniewskiemu czy Wyspiańskiemu nie są łatwo dostępne i trudno je było zdobyć. Nagraliśmy je na nowo bądź przemiksowaliśmy i powstał z tego spójny album, który można normalnie kupić w sklepie.

„Kalambury”, za wyjątkiem twojego Radku tekstu do „Nieodwagi”, są oparte na wierszach poetów cokolwiek nieżywych. Nie ekscytują was zupełnie współcześni literaci?
R.Ł: Robiliśmy podchody do poezji współczesnej, jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni z wydawnictwem Lampa czy wrocławskim Biurem literackim. Dwa lata temu oprawialiśmy muzycznie ich festiwal literacki. To było kilka wieczorów wypełnionych po brzegi nowoczesną poezją. Był pomysł, żeby sięgnąć po twórczość współczesnych, ale po przejrzeniu naprawdę wielu wierszy stwierdziliśmy, że odstają od tekstów, które już zaadoptowaliśmy, że brakuje im podobnego ducha. Większość współczesnych wierszy jest odarta z ducha mistycyzmu. Nie mówię tu o takich naiwnych rzeczach, jak bycie dekadentem czy wiara w działanie natchnienia, ale jakiś pierwiastek duchowości, choćby tej z twórczości Leśmiana, wyparował z dzisiejszych wierszy. Owszem, podobają mi się np. niektóre wiersze neolingwistyczne, lecz ogólnie za dużo jest w tej dziedzinie żonglerki i wirtuozerii słowa, a za mało emocji.

Przy okazji poprzedniej płyty, w jednym z wywiadów mówiliście o utworze „Passover” Joy Division, który był inspiracją przy komponowaniu tytułowego „Końca kryzysu”. Wspominałeś wtedy Radku o brzmieniu nowych Pustek, określonym właśnie tym kawałkiem. Czy w przypadku nowej płyty, też było jakiś numer albo artysta, który was napędzał?
B.W: Raczej nie. Czas pomiędzy skończeniem poprzedniej płyty, a nagraniem kolejnej był tak krótki, że nie zdążyliśmy nawet muzycznie zgłodnieć i odkryć czegoś nowego, czym moglibyśmy się zajarać. Podejrzewam, że mentalnie wszystko działo się jeszcze trochę na fali „Końca kryzysu”.

Czy to prawda, że macie w planach wydanie albumu za granicą w języku angielskim. Po co wam to?
R.Ł: Na razie jest pomysł, żeby wydać płytę za granicą, ale nie ma jeszcze konkretnej koncepcji co do szczegółów. Nie wiemy więc, czy ten album będzie śpiewany w języku obcym. Nie wiemy nawet kto miałby to wydać, choć toczą się różne rozmowy. Ale faktem jest, że chcielibyśmy grać więcej koncertów za granicą.

Wydanie płyty z polskimi piosenkami za granicą to raczej nie najlepszy pomysł.
R.Ł: No oczywiście. Wiele zespołów się na tym przejechało. Choćby Rammstein, który pod koniec lat 90. miał duże szanse na karierę w USA, lecz uparł się, by śpiewać większość piosenek po niemiecku. Z tego co pamiętam nawet wywiadów w USA chcieli udzielać w ojczystym języku. I niewiele z tego wtedy wynikło.


No teraz nadrabiają zaległości nową płytą i singlem z bardzo uniwersalnym refrenem: „You have a pussy, I have a dicka”...
R.Ł: To jeszcze przed nami. W każdym razie musimy to jeszcze przemyśleć. Wydanie płyty po polsku za zagranicą takiemu zespołowi jak my bardzo szybko przyniosło by rozczarowanie.

B.W: To nawet nie jest francuski .

R.Ł: A tak poważnie – to, że nie śpiewamy po angielsku trochę nas ogranicza. Nie możemy pojechać na wiele zagranicznych festiwali, mimo że szlaki mamy już przetarte, bo nasz menadżer, Maciej Pilarczyk, wyrobił sobie wiele znajomości, pracując z Myslovitz. Może rozwiązaniem byłoby nagranie płyty pół na pół – po angielsku i po polsku? Zaczniemy się nad tym zastanawiać jak skończymy promować „Kalambury”.

Naprawdę sądzicie, że jest sens ładowania się w zapchany rynek zachodni? W końcu Myslovitz jednak się nie przebił. (W tym momencie do rozmowy włącza się menadżer zespołu).
Maciej Pilarczyk: Gó... prawda. Myslovitz się nie przebił, bo oni w momencie otwarcia się na zagraniczne rynki byli już gwiazdami w kraju i zwyczajnie przeraziła ich perspektywa ponownego mozolnego przebijania się do nowej publiczności. Nie wyobrażali sobie, że mogliby zostawić swoje rodziny na pół roku, żeby pojechać w trasę koncertową po Europie.

No właśnie – stworzenie takiego zespołu jak wasz, wymaga totalnego poświęcenia się jego rozwojowi?
R.Ł: Nie wyobrażam sobie nie mieć życia rodzinnego. To kwestia dogadania się i konsekwencji. Można pogodzić w miarę normalny tryby życia z karierą w zespole. Szczególnie jeśli już się jest rozpoznawalnym. Wtedy można sobie ustawić tak sprawy, żeby grać koncerty przez kilka miesięcy, ale żeby przez kolejne kilka miesięcy mieć spokój.

B.W: Tak czy siak nie ma co demonizować – rockandrollowe życie wcale nie jest takie straszne.