Dzięki ekspansji internetu popgwiazdy doczekały konkurentek, które nie potrzebują drogich teledysków i wielkiego show. Pierwsza z nich w 2004 roku po sukcesie albumu "Anniemal" została okrzyknięta "następczynią Kylie Minogue". Druga w 2007 roku wraz z "Disco Romance" stała się "nową królową italo disco".

Norweżka Annie Lilia Berge Strand spróbowała wykorzystać szansę i po zdobyciu nagród w kraju ruszyła na podbój Anglii i Ameryki. Jej nowy album "Don’t Stop" miał być nawet produkcją dużego koncernu – niestety ostatecznie nie spełnił oczekiwań komercyjnych. Natomiast Szwedka o pseudonimie Sally Shapiro razem z Johanem Agebjoernem ostatnio tylko zlecili znajomym artystom remiksy swoich utworów oraz zaczęli udzielać wywiadów i częściej się pojawiać w prasie. A płytę "My Guilty Pleasure" bez szczególnych niespodzianek potraktowali jako kontynuację debiutu. Kto lepiej na tym wyszedł?

Niestety, obie panie straciły główne atuty, jakimi jeszcze kilka lat temu były ich świeżość i oryginalność. Jednak o ile Annie poszła do przodu, o tyle Sally Shapiro wyhamowała. Od otwierających płytę Annie utworów "Hey Annie" oraz "My Love is Better" wyprodukowanego przez grupę producentów Xenomania z gościnnym udziałem Aleksa Kapranosa (Franz Ferdinand), nie ma wątpliwości, że "Don’t Stop" ma być profesjonalnym popowym krążkiem. Annie składa hołd Donnie Summer w "Song Remind Me of You", przypomina młodą Madonnę w "Don’t Stop", a w "Marie Carie" udaje Goldfrapp. Wciąż jej głos brzmi delikatnie, a sposób śpiewania może uwodzić. Nie brakuje w tym zestawie niezłych przebojów, chociaż za dużo tutaj łatwych kopii i oczywistych rozwiązań – jakby artystka za daleko poszła w tej pogoni za komercyjnym sukcesem.

p



Swój styl postanowiła też uprościć i ożywić Sally Shapiro na "My Guilty Pleasure". Najmocniejsze fragmenty płyty to "Miracle" i chwytliwe "Save your Love", które zostały podbite jednostajnym tanecznym rytmem i poprowadzone tandetnymi brzmieniami syntezatorów w stylu lat 80. Artystka, wspomagana przez producenta Johana Agebjoerna, może i konsekwentnie zmierza tropem ostatnich projektów Studia, Chromatics czy Junior Boys, ale nie jest to już aż taki wysublimowany pop jak dawniej. Zdecydowanie za mało tutaj nastrojowych i melancholijnych momentów jak w "Looking at the Stars" czy "Let it Show".

Krótko mówiąc, tandem bez skrupułów wszedł w niezbyt ambitną konwencję muzyczną. Jednak jakich by błędów nie wytykać, to na tle produkcji Little Boots, La Roux czy nawet Lady Gagi, zarówno Annie, jak i Sally Shapiro wypadają przyzwoicie. Szkoda tylko, że nowymi albumami znów nie uda im się przebić do mainstreamu. Bo zasłużyły, żeby opuścić swoją niszę.