EDITORS na dwóch koncertach w Polsce:
- 23 listopada - Warszawa, klub Stodoła, godz. 20, bilety 99/120zł (przedsprzedaż/w dniu koncertu)
- 25 listopada - Kraków, klub Studio, godz. 20, bilety 89/100 zł (przedsprzedaż/w dniu koncertu)




Wasz ostatni koncert na festiwalu w Jarocinie zakończył się pechowo...
Russell Leetch: To prawda, nasz wokalista Tom Smith stracił głos i po półgodzinie musieliśmy przerwać występ. Szkoda fanów, ale takie rzeczy się zdarzają. Gramy dużo koncertów, więc czasami zwyczajnie nie dajemy już rady.

Rock’n’rollowe życie was wykańcza?
Nic z tych rzeczy, należymy do grona tych grzecznych kapel, które jeżdżą na trasy ze swoimi dziewczynami. Z alkoholem nie przesadzamy, narkotyków nie bierzemy, za to staaramy się dobrze odżywiać.

Można odnieść wrażenie, że granie koncertów jest zasadą waszego funkcjonowania?
To prawda, w końcu zakłada się zespół, żeby jeździć po świecie i grać. Przez pierwsze lata Editors właśnie w ten sposób budowali swoją pozycję, zamiast polegać na agencjach PR-owskich, wytwórniach płytowych czy magazynach muzycznych. Wolimy sprawdzić się w akcji, a nie gadać i pozować do zdjęć.

Ale singlem "Papillon" wprowadziliście wiele osób w konsternację.
Po prostu dodaliśmy trochę więcej syntezatorów – a tak to są w tej piosence normalnie gitary, mroczny klimat i typowa dla nas dramaturgia. Powróciliśmy też do naszej dawnej inspiracji New Order czy innymi artystami z lat 80., jak Eurythmics czy Kate Bush. Myślę, że jest to dobra popowa piosenka.

Już nie jesteście zespołem indierockowym?
Dla nas zawsze liczył się tylko pop. Nie zabiegaliśmy o to, żeby być postrzeganymi jako autentyczny rockowy zespół czy kapela niezależna. Oczywiście staramy się trzymać poziom piosenek, ale najważniejsze są dobre melodie.

Nagrywając "In This Light and on This Evening" odczuliście "syndrom trzeciej płyty", kiedy przychodzi czas na zmiany?
Zmieniamy się z płyty na płytę – nie chcemy ciągle grać tych samych piosenek. Pierwsza była młodzieńcza, surowa, na drugiej pewniej czuliśmy się w studiu, więc postaraliśmy się o bogatsze aranżacje i lepsze brzmienie. Może trochę była przekombinowana i traciła miejscami dynamikę, dlatego poprosiliśmy teraz o pomoc Flooda, który był wymarzonym producentem.

Chodziło o jego współpracę z Depeche Mode?
Też, poza tym produkował rewelacyjne "The Downward Spiral" Nine Inch Nails i kilka albumów PJ Harvey. Może jest trochę zgryźliwą osobą, do tego w studiu potrafi być naprawdę wymagający – ale dzięki temu wyszła nam taka dobra płyta. Tom naszkicował kilka utworów, miał pomysł na klimat w stylu ścieżek dźwiękowych do "Blade Runnera" czy "Terminatora", ale sami nie potrafilibyśmy zebrać tego w całość. Flood pomógł nam w znalezieniu odpowiednich syntezatorów i nalegał na to, żeby wszystko nagrywać na żywo. Zmusił nas do myślenia o muzyce 24 godziny na dobę, ale też dał poczucie komfortu pracy.

Jako główną inspirację wymieniacie Londyn. Można odnieść wrażenie, że to dołujące miasto?
Myślę, że tak samo jak większość metropolii. Trudno wypowiadać mi się na temat tekstów, bo to jest akurat robota Toma. Ale to są jego spostrzeżenia dotyczące życia w Londynie, stosunków międzyludzkich i tego, jak przekłada się na nie sytuacja polityczna i recesja w gospodarce. Te ponure nastroje widać na ulicach i w metrze, na graffiti Banksy’ego czy słychać w klubach na co dzień. Na pewno codzienne spacery do studia na północy miasta odpowiednio nas nastrajały do pracy.

Śledzisz to, co dzieje się w muzyce brytyjskiej od czasu "nowej rockowej rewolucji", której staliście się częścią?
Od kilku miesięcy mieszkam w Nowym Jorku i bardziej interesuje mnie to, co robi teraz The National czy Grizzly Bear. W Anglii kibicuję zespołom, z którymi zaczynaliśmy, Bloc Party czy Franz Ferdiand, bo trzymają poziom. Natomiast młodszych kapel nie kojarzę - może poza The Maccabies. Myślę, że teraz wszyscy mają trudności z wybiciem się z powodu kryzysu i wyczyszczenia przez nas rynku.