Tom Waits,
"Glitter And Doom Live", 2CD
Wyd. Sonic Records 2009
Ocena 5/6



Bo utwory z dwupłytowego albumu zostały wybrane z krążków nagranych w latach 90., począwszy od „Bone Machine” (1992) do ostatniej „Orphans: Brawlers, Bawlers & Bastards” (2006). Z wcześniejszych mamy tu tylko nieśmiertelny „Singapore” z „Rain Dogs” (1985), jednej z najważniejszych płyt Waitsa. A ponieważ on sam dobierał utwory zarejestrowane podczas zeszłorocznego tournee Glitter And Doom, znać, że to album, którym artysta chciał nam powiedzieć coś szczególnego, a zarazem rodzaj powrotu.

W 1975 roku, sponiewierany przez alkoholowy nałóg i ciągłe przeprowadzki Waits wydał bowiem dwupłytowy „Nighthawks at The Diner”, który atmosferą przypomina ten, został jednak nagrany w studiu z publicznością. Waits gawędził z nią w przerwach, co dało efekt nagrania na żywo.Teraz też to czyni z niezwykłą lekkością, czego dowodem jest „Tom's Tales”, drugi krążek dołączony do „Glitter And Doom Live”.


Trzecim albumem koncertowym, wydanym prawie 35 lat po „Nighthawks at The Diner”, Waits chciał pokazać, że jest tym samym opowiadaczem historii, od których nie wiedzieć czemu dostajemy dreszczy. Facetem, który najlepiej czuje się w skórze showmana. I który, choć tyle się zdarzyło w jego muzyce, wciąż łaknie ludzi i wciąż jest tam, gdzie na początku: przy spowitym dymem fortepianie.

Dziś, bez jego winy, dotknęła go ta sama choroba, co Radiohead – wszyscy go uwielbiają. Dlatego warto przypomnieć, że zaczynał od rozchełstanych songów przy pianinie, którymi nawiązywał zarówno do wielkich songwriterów, m.in. Boba Dylana, jak i ukochanych bitników i kabaretu literackiego. I choć późniejszymi albumami („Swordfishtrombone”, „Rain Dogs”) zaczął odchodzić od stylu pijanego wagabundy w stronę eksperymentu, to Waits nadal najlepiej smakuje w kameralnym wydaniu, gdy zawodzi melancholijnie w akustycznych walczykach.


Tak też jest tym razem. To piosenki, które tracą, gdy odebrać im oryginalne tempo („Singapore”) lub dodać zbyt wiele do aranżacji („Get Behind The Mule”). Na szczęście wytrawni instrumentaliści najczęściej wycofują wirtuozerski pazur tam, gdzie trzeba, by dać błysnąć sponiewieranemu głosowi Toma, np. w „Live Circus” czy bezlitośnie chłoszczącym smutkiem „Green Grass”. Od „Lucindy” i „Get Behind The Mule”, przez „Dirt In The Ground” z klezmerskim klarnetem basowym i przydymionym głosem, chrypiącym boleśnie intymny refren, po weillowskie „I'll Shoot The Moon”, „The Part You Throw Away” z żałobnym tłem hiszpańskiej gitary, melotronu i klarnetu, Waits pokazuje się jako artysta totalny, dźwigający ciężar każdego gatunku.

Tylko to sprawia, że gdy w „Green Grass” smutek zepchnięty w najczarniejsze odmęty duszy wylewa się ku publiczności, ta chłonie wszystko bez szmeru – do momentu, gdy Waits zaczyna gwizdać refren. A już w krwiście bluesowym „Make It Rain”, ludzie klaszczą i powtarzają za nim słowa, zmierzające do obłędnej kulminacji.


Dwa akordy fortepianu i pogodny głos, kończący „Lucky Day” zamykają tę podróż dziwnie optymistycznym tonem, w którym mieści się wszystko, co Waits chciałby nam powiedzieć o życiu i o muzyce. To rzadka umiejętność, więc pewnie nie będzie przesadą stwierdzenie, że to ciągle, a może nawet bardziej niż kiedykolwiek największy artysta Ameryki.