Joss Stone wraca do soulowych korzeni
To, co od razu uderza przy odsłuchu pierwszego numeru z nowej płyty Joss Stone, to ogromny luz i dojrzałość. Wokalistka postanowiła nie ścigać się z gwiazdami R&B i na swoim trzecim albumie "Colour Me Free" szczęśliwie wraca do soulowych korzeni.
- 10 hitów, których ich autorzy nienawidzą
- Joss Stone: Wy naprawdę przeżywacie muzykę
- Pierwsza dama smooth jazzu czuje bluesa
- Najciekawszy hiphopowy album tego roku
- Posłuchaj całej nowej płyty Susan Boyle
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-16

temp. min 3°C max. 18°C
opady:
umiarkowane opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Joss Stone
"Colour Me Free"
Wyd. EMI 2009
Ocena: 5/6
Już na swoim głośnym debiucie „The Soul Session” sprzed sześciu lat, zaledwie 16-letnia wówczas wokalistka brzmiała jak doświadczona soulowa diva, która z niejednego pieca
chleb jadła.
Na „Colour Me Free” Brytyjka brzmi jeszcze bardziej wytrawnie niż wcześniej – co ciekawe – nie popisuje się czczymi ornamencikami i nie wywija głosem po próżnicy – pokusa, której nie może oprzeć się większość młodych wokalistek soulowych. Zamiast tego dostajemy album przepełniony emocjami dozowanymi po mistrzowsku. Stone potrafi być radosna i młodzieńcza, jak w otwierającym album „Free Me” przypominającym dokonania Jackson 5, uwodzicielska („4 And 20”), a kiedy potrzeba – przepełniona bluesowym smutkiem i wściekłością („Lady”).
Cieszy też, że wokalistka odeszła od eksperymentów i flirtów z nowoczesnym r'n'b hip-hopem, jakich nie brakowało na jej poprzedniej płycie. Stone wróciła do swoich fascynacji artystami z wytwórni Motown i robi to co potrafi najlepiej.
Premiera tej płyty była kilkakrotnie przekładana, ale opłacało się czekać, bo tą płytą młoda Brytyjka zostawia w tyle resztę retro popowego towarzystwa z Amy Winehouse i Duffy na czele.












































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!