Snoop Dogg
"Malice n Wonderland"
Wyd. EMI 2009
Ocena: 3/6



Chyba najlepszym podsumowaniem dotychczasowej kariery Snoopa jest okładka jego nowej płyty „Malice n Wonderland”. Czarnoskóra pin-up girl pręży się ochoczo w gigantycznym kieliszku do szampana, a w tle pobłyskuje wypasiona fura i butelka, której zawartości nie stanowi zapewne jednodniowy sok jabłkowy. Raczej mało kto spodziewał się również rewolucji w brzmieniu muzyki 38-letniego rapera – chyba że ktoś przegapił ostatnią hiphopową dekadę, podczas której to Snoop z ulicznika zmieniał się w sprawnego biznesmena i pracowicie budował swój mit ojca chrzestnego hip-hopu. Bo trzeba pamiętać, że mimo luzackiej pozy jest on tytanem pracy – 10 przyzwoitych płyt w ciągu 16 lat, nie wspominając o projektach pobocznych i epizodycznych rolach w kilkudziesięciu filmach – to naprawdę wiele, szczególnie jeśli wierzyć w legendy o wypalanych przez rapera snopkach marihuany...

„Malice n Wonderland” to esencja stylu Dogga, nie tylko ze względu na ikonografię. To również świetny przykład tego, w jaki sposób udało mu się osiągnąć status klasyka zarówno wśród fanów hip-hopu mainstreamowego, jak i tego poszukującego. Nie przypadkiem „Malice n Wonderland" dzieli się wyraźnie na dwie części. Pierwsza jest ukłonem w stronę fanów eksperymentów hiphopowych, w rodzaju „Drop It Like It’s Hot”. Wielbiciele tego numeru, nagranego kilka lat temu wspólnie z Pharrellem Williamsem, na pewno nie pogardzą niepokojącym, niemal triphopowym bitem w „That’s Tha Homie” ze smyczkowym crescendo i syntezatorami nawiązującymi do „It’s More Fun to Compute” wciąż modnego Kraftwerku albo transowym „I Wanna Rock” ocierającym się o dokonania Cypress Hill za sprawą natarczywego syntezatorowego „alarmu”.


Ci bardziej zbliżeni do hip-hopu emitowanego w muzycznych stacjach nie pogardzą zaś plejadą gwiazd na gościnnych występach, z Danją, Timbalandem, The Dream i R.Kellym na czele. Są więc sample wypalającego rewolweru i sporo tradycyjnego seksistowskiego G-funku podbitego R’n’B mającym wprawić panie w dobry nastrój („Pimpin Ain’t EZ”), a młodzież zachwyconą efektem autotunera w ekstazę („Pronto” z udziałem Soulja Boy).

Pomimo że kolejne hedonistyczne nawijki Snoopa już dawno mogły się wszystkim przejeść, ciągle wydaje się on wiarygodny. Co z tego, że jako przykładny tatuś rozmienia się na drobne w reality show – w jego głosie słychać tego samego łobuza, który w 1993 podczas nagrywania swojego debiutu „Doggystyle” został aresztowany jako podejrzany o morderstwo. Bo Snoop Dogg to Tom Waits hip-hopu, jakkolwiek ryzykownie to zabrzmi. Obaj artyści potrafili stworzyć ikoniczne postacie popkultury, których nie można pomylić z nikim innym. Można się śmiać z tego, że Snoop stylizuje się na alfonsa, ale to najlepszy muzyczny alfons na świecie, podobnie jak Waits jest najwiarygodniejszą ćmą barową na tej planecie. Nie wspominając o tym, że obaj artyści nie rzadko opowiadają o podobnych rejonach rzeczywistości – tej ciemnej, pełnej rzezimieszków, wrednych zrządzeń losu i ryzykownej zabawy. Tyle że czynią to z innej perspektywy. Dlatego mimo wielu banalnych momentów i oklepanych motywów Snoop Dogga ciągle dobrze się słucha. Bo on jest dobrym showmanem, a tego nie zastąpią żadne studyjne triki, jakim tak uparcie hołduje dziś hiphopowa dziatwa.