"Refill"
Eminem
Wyd. Universal 2009



Czy ktoś jeszcze pamięta, że w tym roku Eminem miał swój wielki comeback? Cóż, albumu „Relapse“ nie znajdziecie w czołowce żadnego podsumowania, podobnie singli „We Made You“ czy „3 a.m.“. Chociaż w Stanach płyta osiągnęła wysoki pułap półtora miliona sprzedaży, recenzje zebrała co najwyżej przeciętne. A seria jego osobistych wywiadów była raczej dramatyczną próbą zwrócenia na siebie uwagi.

W tej sytuacji ukazanie się „Relapse: Refill“ tuż przed świętami i końcem roku nie jest przypadkiem. Eminem mówi, że chce uprzyjemnić fanom oczekiwanie na „Relapse 2“, a wytwórnia – niczym ostatnio w przypadku „The Fame: Monster“ Lady Gaga - wciska jeszcze raz ten sam album z dodatkowymi utworami, które były m.in. dostępne w serwisie iTunes, grze DJ Hero i na ścieżce do „More Than a Game“. Najmocniejsze akcenty to przebojowy „Forever“ w superobstawie Drake’a, Lil Wayne’a i Kanye’ego Westa i „Hell Breaks Loose“ w duecie Dr.Dre przypominający czasy „Encore“. Nieźle wypadają też „Elevator“, w którym Eminem tradycyjnie wciela się w rolę wkurzonego Slima Shady'ego, „Talking My Ball“, kiedy wyżywa się na gwiazdkach popkultury i utrzymane w ponurej stylistyce krwawe „Buffalo Bill“.

Eminem znów jest do bólu i do znudzenia sobą - choć w takich mniejszych dawkach wydaje się bardziej strawny niż na pełnowymiarowym albumie.