Mary J Blige
"Stronger with Each Tear"
Wyd. Geffen 2009
Ocena: 2/6



Od czasu kiedy 38-letnia wokalistka nagrała „No More Drama” przez wielu uważany za jej najlepszy album, minęła już prawie dekada. Od tego czasu artystka znana z krewkiego charakteru (jak donosi „New York Post”, kilka tygodniu temu uderzyła męża w twarz na imprezie promującej jej najnowszy album, powodowana zazdrością o atrakcyjną kelnerkę) i skłonności do wszelkiego rodzaju używek, systematycznie próbuje nas przekonać do tego, że proces jej dojrzewania ma się dobrze.

Najpierw był „Love and Life” – klapa wyprodukowana z Diddym, później refleksyjny bestseller „Breakthrough” i stonowany „Growing Pains”. Co łączyło te wszystkie albumy? Oczywiście kolejne opowieści o dorastaniu i walce ze swoimi słabościami (znaczące tytuły płyt) oraz rasowy głos Blige, który paradoksalnie wydaje się źródłem jej niemocy.

Bo Blige to wzorcowy wręcz przykład tryumfu wirtuozerii nad muzyką. Weźmy taki „I Love You (Yes I Do)” z nowej płyty – brzmi to jak wokalna wprawka przed właściwym nagraniem – zero pomysłu na melodię czy choćby minimalnej próby odejścia od cukierkowych standardów r’n’b utartych w latach 90. (utwór brzmi, jakby go żywcem wyjęto ze starego repertuaru Whitney Houston).


Podobnie jak w „Kitchen”, choć tu sytuację ratuje trochę pogodne pianino wnoszące powiew świeżości do barokowych wokaliz, czy „We Got Hood Love”, z brzmieniem gitary pasującym bardziej do dokonań Eleni niż pierwszoligowej gwiazdy r’n’b. Ale nawet to można jakoś przełknąć. Gorzej z melodiami – a właściwie ich brakiem. W ich miejsce dostajemy niekończące się zawijasy i łkania, a każde podobne do poprzedniego.

Oczywiście trzeba w tym miejscu przyznać, że Blige to dalej jedna z najlepszych wokalistek w show-biznesie i porównania z Arethą Franklin czy Anitą Baker są jak najbardziej aktualne. Te wszystkie cieniowania, dynamiczne podjazdy, wibrato, piski, bluesowe łkania i wytrzymywane do granic możliwości dźwięki muszą robić wrażenie na każdym, kto choć odrobinę ma pojęcie o śpiewaniu. Szczególnie po wysłuchaniu zamykającego płytę „Color” – przejmującej, ascetycznej ballady bluesowej wyprodukowanej przez Raphaela Saadiqa, i zarazem jedynego wartego odsłuchania utworu na płycie. W reszcie przypadków mamy do czynienia z czystą wirtuozerią – tyleż efektowną, ile nudną i wtórną. Bądźmy szczerzy – podobne emocje wywołują wygibasy Pudziana siłującego się z gigantyczną oponą. To też jest naprawdę trudna sztuka...

Sytuacji nie poprawiają dodatkowo goście mający zapewnić artystce komercyjny sukces – T.I czy Drake w takich sztampowych do bólu numerach jak „The One” czy „Good Love” zbliżają ją raczej do przeciętności autotunera, ponad którą wokalistce udawało się do tej pory wznosić.

Tytułem nowej płyty („Silniejsza z każdą łzą”) Mary J Blige kreuje się na dojrzałą, pewną siebie kobietę, której motto życiowe brzmi: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”. Cóż – ta płyta z pewnością wzmocni konto Amerykanki. Gorzej z fanami dobrego r’n’b, którzy tej kuracji mogą nie przeżyć zanudzeni na śmierć.