"Contra"

Vampire Weekend

Wyd. Sonic Records 2010



Po debiutanckim albumie "Vampire Weekend", wskrzeszającym afropop, jaki pamiętamy choćby z wiekopomnego "Graceland" (1986) Paula Simona, przyszedł czas na udaną kontynuację. Na "Contrze" też znajdziemy egzotyczne wpływy, które czyta się jednak bez potrzeby odnajdywania ich na mapie świata. Bez obaw: zespół jak zwykle czerpie pełnymi garściami z amerykańskiego tygla kultur, tylko że robi to znacznie spokojniej. I imponuje pomysłowością, jakiej próżno uświadczyć u innych artystów przeszczepiających motywy z Czarnego Lądu na grunt popu.

Melodyjna i uładzona "Contra" również tętni od korzennych wpływów: jamajskiej i zachodnioafrykańskiej rytmiki, reggae, słonecznego kalifornijskiego ska, reggaetonu, gitarowych riffów a la Fugazi, hip-hopu, electro, disco i popu, są tu nawet lekkie ukłony w stronę tropikalnego eklektyzmu w stylu M.I.A.


Egzotyczna podróż

Na złożonym z różnych pięknych współczesnych śmieci albumie znajdzie się i punkowo-gitarowy zadzior ("Cousins") i niewinne melodie ("Run", "Horchata"). Nowojorski kwartet znalazł sposób, by to samo opowiedzieć raz jeszcze, ale zabrzmieć inaczej. Niebiańskie piosenki precyzyjnie punktują smyczki, dzwonki i pełniące rolę perkusji afrykańskie pianino kciukowe. Potem Afryka schodzi trochę na plan dalszy, by ustąpić miejsca latynoskim oraz jamajskim rytmom, autotune’owi ("California English") i... cytatom z The Clash. Trzeci na płycie "Holiday", ale też kończący album "I Think UR a Contra" czy znakomitą "Diplomat’s Son" z ciekawym pulsem dubowo-reggae’owym można odczytać jako hołd dla grupy Joe Strummera. Inspiracje nie kończą się na tym - pewnie niewielu liderów indierockowych zespołów wpadłoby na pomysł, żeby jak Ezra Koenig opisać miłosne perypetie, odwołując się do lewicowych sympatii swoich ulubieńców.


Ale Vampire Weekend nie zmierzają wcale w stronę anarchii. Ich teksty są tym razem lżejsze, pełne absurdalnych rymów i kruchych aluzji, raczej odnoszących się do sfery uczuć i muzyki niż polityki.Płyta na pierwszy rzut ucha robi wrażenie dość jednostajnej, dopiero potem dochodzą do nas wszystkie skarby, ukryte w gęstszym niż poprzednio brzmieniu. Mniej tu gitar, za to bywają szybsze, więcej bębnów, i to już nie tylko orientalnych; więcej bogatej produkcji, ale rozdrobnionej na mikroelementy nowych instrumentów i rytmiki.



Muzyczny eklektyzm

Dancehallowy rytm rozmiękcza gitarowe tło w "Cousins" i "California English"; fortepian, syntezatorowy bas, pianino kciukowe, bębny i ornamentalnie traktowane smyczki łączą się z reggae’owym klimatem i smutkiem w głosie Koeniga w "Diplomat’s Son". Zamykająca płytę "I Think UR a Contra", z melodyjną linią wokalu, smyczkowym tłem i echem akompaniamentu afrykańskich bębenków, to dobry łącznik z plemiennie radosną "Horchatą". Uroczo zawodzący falset Koeniga, czasem samotny, czasem z towarzyszeniem chórków, błądzący po rejestrach, nadaje "Contrze" lekkości.

Vampire Weekend wyczarowali niewymuszony i pełen wdzięku album wielokrotnego użytku, skrojony inteligentnie i czujnie dla tych, których nie trzeba wciąż bez końca zaskakiwać.