Debiutanci, o których szybko nie zapomnisz
Vampire Weekend to jeden z tych zespołów, które po nagraniu debiutanckiego krążka za sprawą internetu stały się "tą nową modną kapelą". Jednak w odróżnieniu od dziesiątek podobnych grup o kwartecie z Nowego Jorku szybko nie zapomnimy, czego dowodzi ich druga płyta ";Contra".
- Czego się nie tknie, zamienia to w złoto
- O tych artystach będzie głośno w 2010 r.
- Lankosz, Żuławski i L.U.C. z Paszportami
- W oparach poezji, absurdu i psychodelii
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Contra"
Vampire Weekend
Wyd. Isound 2010
Ocena: 5/6
Niewiele zespołów z działki indierockowej wzbudziło w ciągu ostatnich lat tyle emocji co nowojorczycy z Vampire Weekend. Po bardzo udanym debiucie sprzed dwóch lat na ich drugą płytę
dziennikarze wyczekiwali niemal jak na płytę Grizzly Bear. Nic dziwnego - ich debiutancki album „Vampire Weekend” okazał się wyjątkowo świeżą propozycją, łączącą
inspiracje szeroko pojętą muzyką afrykańską z klasycznym amerykańskim rockiem. Co więcej - kwartet świeżo upieczonych absolwentów prestiżowego Uniwersytetu Columbia nagrał ją
samodzielnie za pomocą zaledwie dwóch mikrofonów i komputera, jednocześnie pracując na etat w „zwykłej” pracy.
Na „Vampire Weekend” czuć było wszechobecnego ducha Paula Simona i jego klasycznej płyty „Graceland” z 1986 roku, na której amerykański wokalista i gitarzysta śpiewa z afrykańskimi gwiazdami - m.in. Ladysmith Black Mambazo. Pod tym względem sequel nie różni się od debiutu - w głosie wokalisty Ezry Koeniga ciągle słychać tę samą
radość, jaka była obecna w głosie Simona, kiedy przy akompaniamencie słonecznej sekcji dętej śpiewał ćwierć wieku temu refren „You Can Call Me Al”. To chyba największy
atut tej płyty - dawno nie słyszałem tak zaraźliwej radości rozsiewanej za pomocą piosenek. Posłuchajcie tylko „California English” z gitarami rodem z płyt Feli Kutiego i
wokalnymi ozdobnikami (ten utwór to jeden z niewielu przykładów kreatywnego wykorzystania efektu autotune'a), otwierającego płytę „Horchata” z plemiennymi chórami i
łamiącym się głosem Ezry albo następnego w kolejce „White Sky”. Ten ostatni numer to wręcz eksplozja radości - refren śpiewany mocnym falsetem postawiłby na nogi nawet
umarłego, zmuszając go do tańca.













































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!