Dotychczas dałaś się poznać jako wszechstronna artystka wykonująca kameralne piosenki z elementami folku, jazzu i elektroniki. Skąd nagle na nowej płycie „Blood From a Stone” wzięły się twojej rockowe fascynacje?
Hanne Hukkelberg: Wiesz, dla mnie to tak naprawdę powrót do korzeni. Może wiele osób o tym nie wie, ale zaczynałam jeszcze od śpiewania w zespołach rockowych, metalowych i hardcore’owych. Dopiero kiedy rozpoczęłam solową karierę, postanowiłam nieco się wyciszyć. Miałam wtedy dwadzieścia parę lat i doszłam do wniosku, że nadszedł najwyższy czas znaleźć wreszcie dla siebie miejsce i własny styl.

A przypadkiem nie byłaś wcześniej dziewczyną z Akademii Muzycznej?
To prawda, ale poszłam tam trochę ze względu na moich rodziców, którzy byli muzykami klasycznymi. Od dziecka razem z nimi słuchałam Beethovena, Bacha, Chopina. Mój ojciec grał też na organach w kościele, więc wspólnie chodziliśmy śpiewać na msze. A wieczorami często zdarzało się, że siadaliśmy całą rodziną i wspólnie muzykowaliśmy. Potem posłali mnie na akademię, gdzie uczyłam się śpiewu jazzowego, harmonii, komponowania. W wolnym czasie znajomi zapraszali mnie też do różnych amatorskich zespołów, które grały funk, pop-rocka czy metal. Wreszcie mój kolega pokazał mi Sonic Youth, Pixies, PJ Harvey, Cocteau Twins i zupełnie zakochałam się w ich muzyce. To najbliżsi mi artyści obok kompozytorów współczesnych i jazzmanów grających free.

No właśnie, skąd u ciebie takie zacięcie do eksperymentowania z dźwiękiem. Znana jesteś z tego, że np. zamiast perkusji wolisz używać… roweru czy maszyny do pisania?
Tak, dzięki jazzowi zrozumiałam, jak ważna w tworzeniu muzyki jest umiejętność improwizacji. Chodzi o to, żeby zawsze mieć otwarty umysł, nie bać się przypadkowych rozwiązań i nie iść nigdy na łatwiznę. Natomiast dzięki takim kompozytorom jak Karlheinz Stockhausen czy Steve Reich zaczęłam się interesować muzyką eksperymentalną i elektroniczną. Nagrywając piosenki na „Blood From a Stone”, większość rytmów powstało np. z uderzenia rękami w stół oraz grania na sztućcach i innych przedmiotach, które znalazłam w kuchni. Nagrywałam też dużo różnych dziwnych dźwięków podczas spaceru – uderzenia kamieni czy masztu powiewającego na wietrze.


Czyli twój wyjazd na nagrania do starego domu na wyspie Senja, z dala od profesjonalnych studiów, miał być rodzajem wyzwania?
Chciałam na kilka miesięcy odciąć się od świata i skupić tylko na pracy. Wybrałam pierwsze lepsze miejsce położone najdalej na północy kraju, znalazłam przez internet nocleg, potem spakowałam gitarę, syntezatory i pojechałam. Potem dołączył do mnie mój producent Kare Vestrheim, który wziął ze sobą kilka mikrofonów, wzmacniaczy, sprzęt do nagrywania, żeby postawić prowizoryczne studio. Klimat był niesamowity, za oknem było strasznie zimno, leżał śnieg, a przez większość dnia panował mrok. A kiedy wychodziłam na dwór, rzadko kogo spotkałam – były tylko góry, lasy i ja.

Można tę atmosferę jakoś porównać do tej, jaka panowała cztery lata temu w Berlinie, kiedy nagrywaliście „Rykestrasse 68”?
Cóż, nie każda płyta musi być przecież taka sama. W tamtym czasie byłam zafascynowana tym miastem, dlatego postanowiłam wyprowadzić się do niego na pół roku. Było naprawdę niesamowicie – różni ludzie, dziwne miejsca, przyjemny klimat. To podziałało szczególnie inspirująco na teksty, których pisanie z reguły sprawia mi najwięcej problemu. Pierwszy utwór zatytułowałam nawet „Berlin”, a całą płyty od mojej ulicy. Co ciekawe, w tak hałaśliwym miejscu powstała dużo spokojniejsza muzyka niż teraz na odludziu w Norwegii.

Obecnie mieszkasz na stałe w Oslo, jesteś jakoś związana z tym miastem i tamtejszą sceną muzyczną?
Tak, na akademii poznałam m.in. członków Jaga Jazzist i Shining, którzy pomogli mi przy nagrywaniu pierwszej płyty „Little Things”, a potem na trasie koncertowej. A na tej swoje partie nagrali też perkusista Bent Sæther z zespołu Motorpsycho, doskonały gitarzysta Ivar Grydeland czy niesamowita sekcja rytmiczna Hurra Torpedo, która gra na sprzętach kuchennych. W ostatnich latach norweska scena muzyczna coraz lepiej się rozwija i jest widoczna na świecie. Ale my tworzymy w Oslo niewielkie środowisko różnych artystów, w którym wszyscy się znamy i współpracujemy. Najbardziej cieszy mnie to, że większość z nas może żyć z grania i występować chociażby w Polsce…


Ty nawet dostałaś ostatnio propozycję z Hollywood! Jak w ogóle twoja piosenka „Lucy” trafiła do filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian”?

Oj, to dłuższa historia. Zaczęło się od tego, że podczas trasy po Stanach udzieliłam wywiadu jednemu dziennikarzowi radiowemu, któremu podobała się moja płyta i twierdził, że czasem zajmuje się zbieraniem utworów na ścieżki dźwiękowe i może mi pomóc. W sumie nie liczyłam na to, że coś z tego wyjdzie. Aż tu nagle kilka miesięcy później zadzwonił do mnie w środku nocy z pytaniem, czy nie chciałabym skomponować piosenki do „Opowieści z Narnii”. Pamiętam tę książkę z dzieciństwa, więc zgodziłam się od razu i kilka tygodni później byłam w Londynie na tajnym pokazie filmu z szychami z Disneya. Dostałam do dyspozycji najlepsze studio w Oslo i zabrałam się za robotę. W sumie do dziś nie mogę uwierzyć, że to wszystko się w ogóle wydarzyło.



Hanne Hukkelberg w Polsce
21.01. - Kraków, Forty Kleparz
22.01. - Warszawa, Café Kulturalna