Stuart Staples: Nie robić niczego na siłę
Nigdy nie jest za późno, żeby wszystko zacząć od nowa - po blisko pięcioletnim kryzysie Tindersticks powraca kolejnym świetnym albumem "Falling Down a Mountain", a lider bandu, Stuart Staples opowiada nam o odrodzeniu zespołu i komponowaniu muzyki dla Luisa Vuittona.
- Loco Star rozgrzeje przed Palomą Faith
- W oparach poezji, absurdu i psychodelii
- Policjantka zaśpiewa Beatlesów i Hendriksa
- Ambitna podróż do emocjonalnego czyśćca
- Lenny Valentino i Chopin na OFF Festivalu
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Trzeba przyznać, że jak na zespół z osiemnastoletnim stażem na „Falling Down a Mountain” brzmicie wyjątkowo świeżo…
Stuart Staples: To było jedno z głównych założeń przy tej płycie - nie robić niczego na siłę. Miałem takie podejście do nowych piosenek, że przynoszę tylko szkice na próbę i
sprawdzam, jak zareagują na nie pozostali członkowie zespołu. Jeśli mój pomysł chwyci, będą chcieli któryś z nich rozwinąć, wnieść coś od siebie, to zostaje. Jeśli nie, to się nie
męczymy, tylko odpuszczamy. Natomiast później, przy nagrywaniu gotowych piosenek, robiliśmy co najwyżej dwa, trzy podejścia i staraliśmy się jak najmniej poprawiać przy miksie, żeby
zachować ten spontaniczny i naturalny charakter. Tak było np. z tytułowym utworem, którego melodię przyniosłem wgraną na komórkę, czy „Black smoke”, który wcześniej
wykonaliśmy chyba tylko raz na próbie dźwiękowej przez koncertem w Paryżu.
Czyli dawne niesnaski, które jeszcze kilka lat temu o mało nie doprowadziły do rozpadu zespołu, zniknęły?
Ale przecież nigdy nie było mowy o końcu Tindersticks - po prostu musieliśmy od siebie odpocząć i trwało to w sumie pięć lat. Kiedy bez przerwy przebywasz z sześcioma mocnymi
indywidualnościami, tworzysz z nimi muzykę, jeździsz w trasy, to w którymś momencie wreszcie przychodzi zmęczenie sobą. Taka sytuacja nastąpiła u nas po koncertach promujących album
„Waiting for the Moon” - to nie było już to samo, każdy z nas to czuł. W związku z tym postanowiliśmy na jakiś czas przestać grać, skupić się na swoich sprawach,
zająć się rodziną, solowymi albumami i wrócić do siebie, dopiero kiedy będziemy mieli ochotę. Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że w 2006 roku przeprowadziłem się do Francji,
zbudowałem studio i zadzwoniłem do reszty zespołu. Przyjechali na weekend i znów zaczęliśmy ze sobą grać - na razie bez żadnych zobowiązań. Ale nim się zorientowaliśmy, mieliśmy gotowy
materiał na „The Hungry Saw”. Podobnie było też z tym albumem.

















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!