"Heligoland"
Massive Attack
Wyd. Virgin 2010
Ocena5/6



Wzmianki o premierze płyty o roboczym tytule „Weather Underground” pojawiały się jeszcze w 2004 roku niedługo po wydaniu „100th Window” i później były powtarzane niemal co roku. Tymczasem Del Naja osierocony przez Granta „Daddy'ego G” Marshalla (producent i wokalista rozstał się z Massive Attack na początku nowego wieku) zajął się pisaniem kolejnych soundtracków. W 2004 roku zasilił swoimi mrocznymi kompozycjami film „Danny The Dog”, a trzy lata później do spółki z Neilem Davidge'em napisał ścieżki dźwiękowe aż do trzech filmów, z których jeden („Trouble The Water") otrzymał nawet nominację do Oscara za muzykę.

Szczęśliwie na „Heligoland” do gry znowu wraca Daddy G, który od kilku lat ponownie zaprzyjaźniał się z 3D. Spory udział ma w tym Damon Albarn, w którego studiu muzycy wracali do formy podczas wspólnych jammów.

Lider Blur pojawia się tu nawet w charakterze wokalisty w przejmującym „Saturday Come Slow”, w którym brzmi jeszcze bardziej wytrawnie niż na piosenkach realizowanych w ramach swojego projektu The Bad The Good and The Queen. Zresztą tradycyjnie 3D zaprosił do współpracy plejadę doskonałych wokalistów (na poprzedniej płycie zaśpiewała m.in. Sinead O'Connor). Uwagę zwraca przede wszystkim frontman TV On The Radio Tunde Adebimpe. Oparty na hipnotycznym fortepianowym riffie „Pray For Rain” z udziałem Amerykanina to jeden z najlepszych momentów albumu – lider TOTR brzmi tu jak połączenie Petera Gabriela z okresu płyty „So”, z jazzowym wokalistą Kurtem Ellingiem. Nie gorzej wypada też Guy Garvey, który we „Flat Of The Blade” przypomina z kolei niezapomniany głos Brendana Perry'ego z Dead Can Dance, śpiewając do podkładów rodem z „Amnesiac” Radiohead.


Jednak najbardziej w pamięci zapada uwodzicielsko rozmarzony głos Hope Sandoval. W „Paradise Cirkus" towarzyszą jej dźwięki wibrafonu przypominające słynny temat muzyczny z filmu „American Beauty”. Na ten utwór warto zwrócić uwagę jeszcze z dwóch powodów – po pierwsze to jeden z najpiękniejszych numerów tej płyty, który z oszczędnego bitu i szeptanych zwrotek rozwija się bujającego potwora karmionego filmową sekcją smyków.

Po drugie powstał do niego ciekawy teledysk, zrealizowany w konwencji promowanej ostatnio przez zespół Rammstein w pamiętnym klipie do utworu „Pussy”. Na tle eterycznego głosu Sandoval pojawiają się sceny z filmów porno z lat 70. (bez cenzury), a w przebitkach o swojej fascynacji kamerą opowiada staruszka – niegdysiejsza bohaterka tych produkcji...

p


Oczywiście nie mogło zabraknąć charakterystycznego głosu Andy'ego Horace'a obecnego na wszystkich płytach Massive Attack, choć akurat numery z jego udziałem nie łapią szczególnie za gardło i przypadną do gustu raczej fanom pierwszych albumów brystolczyków.

Nie wiem, czy to zasługa Marshalla, ale nie mam wątpliwości, że „Heligoland” to lepszy album od swojego poprzednika „100th Window”, nad którym 3D pracował w samotności. Ten ostatni – choć tradycyjnie produkcyjny majstersztyk – nie miał w sobie tego organicznego ciepła, jakim charakteryzowały się poprzednie płyty Massive Attack. I choć w pierwszym momencie numery z nowego albumu mogą wydawać się jednostajne, to tradycyjnie Del Naja zadbał o to, żeby z każdym odsłuchem odkrywały one przed słuchaczem nowe warstwy i smaczki, w rodzaju niespodziewanych zmian tempa w „Atlas Sound” przypominających muzyczny odpowiednich „efektu spowolnionych kul” z „Matriksa”.

Słychać też wpływ pracy 3D dla przemysłu filmowego – obok symfonicznych niemal smyków, emocjonalne pagórki podkreślane są przestrzenną sekcją instrumentów dętych. Piękny mrok.