Preisner: Nowej epoki już nie zrozumiem
Jego muzyka uświetniła pierwszy spektakl nowej Och-Sceny warszawskiego Teatru Polonia - "Wassa Żeleznowa". Nam Zbigniew Preisner opowiada o przyczynach kryzysu w polskiej kulturze oraz micie artystycznej niezależności.
- Trela: Szekspir to nie był głupi facet
- Dom nienawiści
- Joanna Kulig: Ja mam "niewyparzoną gębę"?
- Drugi teatr Jandy rozpoczyna działalność
- Krzysztofa Kieślowskiego pociąg do metafizyki
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
„Wassa Żeleznowa” to pana pierwsza praca sceniczna od wielu lat. Jak twórczość teatralna ma się do muzyki filmowej, której zawdzięcza pan międzynarodową
sławę?
Zbigniew Preisner: Ostatni spektakl z moją muzyką powstał bodaj w 1982 roku, a w Polsce nie tworzyłem od ponad dwudziestu lat. Nie będę ukrywał, że do tej decyzji skłoniła mnie
wieloletnia znajomość – osobista i zawodowa – z Krystyną Jandą oraz jej nieżyjącym już mężem Edwardem Kłosińskim. Ale też podziw i szacunek dla inicjatywy stworzenia w
polskich warunkach prywatnego teatru; na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się absurdalny, ale w praktyce naprawdę działa. Takim ideom i takim ludziom trzeba pomagać. Oczywiście muzyka w teatrze
rządzi się zupełnie innymi zasadami i nie będę ukrywał, że nie jest to najbliższa mi forma twórczości. Technika filmowa daje możliwość stworzenia ostatecznego, dopiętego na ostatni
guzik miksu obrazu i dźwięku, za który możemy wziąć pełną odpowiedzialność. W teatrze natomiast wszystko się zmienia: czas trwania sceny, jej emocjonalny wyraz, a nawet dynamika głosu
aktorów. Zdarza się nawet, że muzyka, miast być dopełnieniem spektaklu, staje sie dlań kulą u nogi. Lubię żywą muzykę w teatrze, problem w tym, że nie pozwolił na to budżet
przedstawienia. Na scenie muzyka odtwarzana z taśmy brzmi czasami sztucznie. Zupełnie inaczej niż w filmie: tam fakt, że czujemy dźwięki, choć nie widzimy ich źródła, nadaje im
metafizycznej głębi. Biorąc te wszystkie ograniczenia pod uwagę, napisałem taką muzykę, która – mam nadzieję – będzie się bronić.
A czy nie pociągają już pana bardziej organiczne formy muzyczno-teatralne? Śmierć Krzysztofa Kieślowskiego przerwała swego czasu pracę nad waszym wspólnym spektaklem opowiadającym o
etapach ludzkiego życia.
Oczywiście, że tak. Mój agent prowadzi właśnie rozmowy nad wystawieniem musicalu na londyńskim West Endzie. Chodzi o sceniczną wersję „Podwójnego życia Weroniki”.
Wcześniej przygotowałem między innymi premierę albumu „Silence, Night and Dreams” na Akropolu. Takie spektakle są jednak bardzo kosztowne i trudne organizacyjnie, a w Polsce
– prawie niemożliwe do zrealizowania. Po pierwsze brakuje odpowiednich sal, a po drugie koszty ich wynajęcia są – nie wiedzieć czemu – dwukrotnie wyższe niż na
całym świecie. Powiem szczerze: nie widzę sensu w realizowaniu przedsięwzięć, które nie potrafią na siebie zarobić. Bo czyż nie oznacza to, że są one skierowane w próżnię? Swoją
działalność kompozytorską traktuje tak samo jak pracę górnika albo producenta wody mineralnej.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!