"Falling Down A Mountain"
Tindersticks
Wyd. Sonic Records 2010



A nawet więcej, bo przesuwa granicę dotychczasowych zainteresowań w rejony brzmień eklektycznych, dźwięczących zaskakująco współcześnie i klasycznie zarazem. Znajdziecie tu i ambitną muzykę quasi-filmową, i meksykańskie stylizacje, i wyborne jazzujące improwizacje, od których ciężko uwolnić ucho (tytułowe, sześciominutowe "Falling Down A Mountain" z pięknie dialogującą z jazzową klasyką trąbką Terry’ego Edwardsa).

Duszny, kapiący od rockowych inspiracji latami 60. blues "Black Smoke" to bliski krewniak "Do You Love Me" Nicka Cave’a i jego wiernych kompanów z The Bad Seeds, a natchniony, kameralny dwugłos Stuarta i kanadyjskiej wokalistki Mary Margaret O’Hary "Peanuts" spokojnie mieści się w kanonie najlepszych damsko-męskich duetów – żeby wspomnieć tylko Cave’a i PJ Harvey albo Kate Bush i Petera Gabriela.

Może wynika to stąd, że Staplesowi udaje się utrzymać klimat dawnego, mrocznego sentymentalizmu, który po brzegi wypełniał takie płyty zespołu, jak "Curtains" czy "Simple Pleasure". Nie mylcie tego jednak z tandetną słodyczą romantycznych pościelów: muzyka Tindersticks bardziej niż kiedykolwiek skomponowana jest po mistrzowsku i w wytrawny sposób omija popowe płycizny.

Stuart Staples w rozmowie z "Kulturą" DGP - przeczytaj >>


Wystarczy wsłuchać się w "Harmony Around My Table", które w niewymuszony sposób przywołuje atmosferę wysmakowanych piosenek Camera Obscura czy Belle And Sebastian. "Factory Girls" to ujmująca w swej prostocie i delikatności ballada z akompaniamentem fortepianu, a dla odmiany dynamiczne "She Rod e Me Down" mogłoby z powodzeniem zilustrować klasyczny film drogi: zdecydowanie wybrzmiewające gitary, dęciaki, flety, latynoska melodyka i rytmika rozpraszają wcześniejsze ciemności, którymi otoczyło nas tytułowe "Falling Down A Mountain";.

Nie brak na tej płycie skupionych momentów, w których melodia schodzi na plan dalszy, ustępując miejsca wysokiemu głosowi Staplesa ("Factory Girls"). Nie brak również świetnie napisanych i zaaranżowanych kompozycji, okazjonalnych motywów smyczkowych czy rozbudowanych partii brzmiących jak żywcem wyjęte z soundtracku. Dzięki temu nawet powolne tempo albumu i w klasyczny sposób zinstrumentowane utwory nie nużą. To swoista podróż do emocjonalnego czyśćca, w którym muzyka zaklęta jest w ujmujących melodiach, rozedrganym głosie Stuarta, a także w ciągnących się całą wieczność miłosnych wyznaniach z pogranicza białego soulu i intymnej, religijnej ekstazy.

Grupa z prawie dwudziestoletnim stażem, która stała na krawędzi rozpadu, pokazuje, jak grać muzykę na najwyższym poziomie. Na poprzednim albumie, "The Hungry Saw", Stuart Staples próbował odbudować zdziesiątkowany zespół, o czym świadczyło dokooptowanie do Tindersticks nowych członków, ale przede wszystkim imponująca seria koncertów w kilkudziesięciu miastach Europy i USA. Tamta przyzwoita płyta wydana po pięcioletniej przerwie, wyprzedane koncerty, wreszcie krążek "Falling Down A Mountain", będący ukoronowaniem kariery – czy kapeli, która miała już nie istnieć, mogą przydarzyć się takie piękne momenty? Jak widać, w muzyce cuda się zdarzają.