Jesteś właśnie w Bangkoku. Co tam porabiasz? Ponoć zaangażowałeś się w pracę z niszowym zespołem electropunkowym Futon. To z ich powodu przeniosłeś się na drugi kraniec globu?

Tim Simenon: Nie, to nie ma nic wspólnego z nimi. Zwyczajnie z Europy wygoniła mnie zima. Miałem już dość zamarzających samochodów, paraliżu komunikacyjnego i ogólnego poczucia, że wszystko się wali. Wydałem nową płytę i nie zamierzam się dołować z powodu aury. Dlatego wybrałem słońce (śmiech).


Czyli wakacje?

Nie do końca. Wziąłem ze sobą trochę sprzętu, bo nie mogę żyć odcięty od robienia muzyki. Przede wszystkim nabieram tu sił przed trasą koncertową, jaką planujemy na wiosnę i lato. Kiedy zadzwoniłeś, kombinowałem właśnie, jakie aranże podczas występów na żywo będą miały kolejne utwory z nowej płyty. Zresztą numery z „Future Chaos” też będą przearanżowane, więc zamierzam tu zostać parę dobrych miesięcy.


Ty w ogóle chyba lubisz Azję. Teledysk do „Infinities” nakręcił jeden z tokijskich reżyserów...

Cóż, mam to chyba w genach. Moja matka ma w sobie azjatycką krew. Dobrze czuję się w tych stronach. Ludzie mają tu tak ekstremalnie inną mentalność, mają dystans do wszystkiego. Nie sposób się tu nie zrestartować. Nie wspominając o takich szczegółach jak tokijskie sklepy z syntezatorami. To jest raj dla fanatyków klasycznych instrumentów sprzed lat.


Rozumiem jednak, że twoja baza ciągle znajduje się w Amsterdamie?

Tak, zapuściłem tam korzenie i raczej nie zamierzam się przenosić. Tym bardziej że większość moich współpracowników mieszka w Europie, więc znacznie łatwiej stąd koordynować cały projekt.


Przy okazji premiery płyty „Future Chaos” znowu zacząłeś występować na żywo. To chyba wciąż dla ciebie nowość, bo miałeś sporą przerwę – przez niemal dwie dekady nie koncertowałeś?

Wiadomo, że występy live to zupełnie energia niż praca w studiu. Uwielbiam to, ale prawda jest taka, że to strasznie pracochłonne. Szczególnie jeśli wykonuje się muzykę elektroniczną. Niełatwo zrobić dobry i ekscytujący show. Zwłaszcza że w dzisiejszych czasach nie mogę sobie pozwolić na kosztowne ekstrawagancje, bo zwyczajnie nikt za nie zapłaci.


Jak więc będę wyglądały te występy?

Plan jest taki, żebyśmy na scenie byli we dwóch – ja oraz mój wokalista i klawiszowiec Paul Conboy. Reszta muzyków będzie nas wspierać wirtualnie z ekranów na tyłach sceny.


Czyli trochę jak Gorillaz?

Tak, ale z o wiele, wiele mniejszym budżetem (śmiech).


W latach 90. byłeś bardzo cenionym producentem. Sądziłem, że po twoim powrocie z muzycznego niebytu ponownie zaczniesz pomagać innym w pracy nad ich płytami. Tak się nie stało. Nie chcesz być gwiazdą jak Danger Mouse albo Timbaland?

Jak Timbaland? Raczej nie (śmiech). A tak poważnie, wolę skupić się na Bomb The Bass. To jest moje dziecko, od którego zaczęła się przecież moja cała kariera. Bycie producentem ma oczywiście swoje dobre strony, bo poznajesz mnóstwo ciekawych muzyków co pozwala otworzyć głowę na nowe podejście do robienia muzyki. Z drugiej strony to ciągła walka, w której trzeba być mistrzem kompromisu. A dziś wolę realizować swoje pomysły, niż naginać się do czyichś koncepcji. Poza tym moja działalność w Bomb The Bass to głównie produkcja, tyle że produkuję swoje rzeczy.


Jak dziś pracujesz? Kiedy zaczynałeś ze słynnym numerem „Beat Dis”, nie było łatwo dostępnych komputerowych stacji roboczych.

Jestem zwolennikiem mieszanego podejścia. Cały czas na etapie komponowania wolę pracować na starych instrumentach – głównie na moim wysłużonym syntezatorze Mooga i maszynach perkusyjnych. Znam te maszyny jak własną kieszeń i to mi wystarcza. Bo nie oszukujmy się, zgodnie z nazwą moja muzyka to głównie bass i bit. Nie ma tam skomplikowanych rzeczy. Używam oczywiście komputera do edycji, ale nie podniecam się każdym nowym programem. Kiedy miksowaliśmy nowy album, pojechałem do Brazylii, bo mają tam kilka naprawdę genialnych studiów wypełnionych po brzegi starym analogowym sprzętem i nie żądają absurdalnych cen za jego użycie. Przepuściłem cały materiał przez te cuda i od razu słychać efekt. Mimo że to elektroniczna muzyka, to brzmi bardzo blisko i organicznie.


„Back to Light” powstał bardzo szybko, bo w zaledwie rok. Jak to możliwe, że tak prędko się uwinąłeś, jednocześnie koncertując i promując poprzednią płytę?

Nie zapominaj, że przez te lata przerwy cały czas tworzyłem muzykę, więc miałem naprawdę sporo materiału i gotowych szkiców. Tak naprawdę musiałem je tylko przesłuchać i dopracować.


Chciałem zapytać cię też o tytuł płyty. „Back to Light” brzmi o wiele bardziej energetycznie niż poprzedni „Future Chaos”. Czujesz, że nadchodzą dla ciebie dobre czasy?

One już nadeszły. Robię to, co uwielbiam, a publika kupiła w stu procentach mój poprzedni album, którym wróciłem po wielu latach. Czego więcej mogę chcieć? Co do tytułu – światło to motyw przewodni tej płyty. Sporo tu tekstów o zanurzaniu się w ciemnościach i różnych odcieniach światła i słońca.


Na „Back to Light” jest sporo nawiązań do teorii Ericha von Dänikena. Nie sposób ich nie zauważyć, kiedy ogląda się nowy teledysk do utworu „Infinities”. Widać tam statki kosmiczne przylatujące na ziemię, a słowa piosenki mówią o ludziach, którzy przybyli z przyszłości. Na twojej stronie internetowej też jest pełno obcych. Wierzysz w nich?

Nie ma dowodów na ich istnienie, więc jakoś mnie ta kwestia nie ekscytuje. Ale już teorie mówiące o tym, że podróże w czasie są możliwe, przemawiają do mojej wyobraźni.


Wielu złośliwców twierdzi też, że obcy na Ziemi przybrali formę muzyków...

To akurat prawda. W swojej karierze widziałem niejednego artystę, który potwierdza twoją teorię. Absolutnie tak! (śmiech)


Na koniec chciałem cię jeszcze zapytać o przyszłość muzyki elektronicznej. Dominacja gitarowych brzmień powoli się kończy i ludzie chętniej sięgają po syntetyczne dźwięki. Czy jest jakiś trend albo artysta, który według ciebie mógłby zapoczątkować nowe zjawisko na tej scenie?

Szczerze mówiąc, nigdy nie wierzyłem w te trendy. Zawsze wydawało mi się to sztuczne, taki podział na „co się teraz gra, a co nie”. Przecież muzyka elektroniczna przez ostatnie lata ciągle się rozwijała, czego dowodem są choćby nowi artyści z wytwórni Warp. Inna sprawa, że trudno dostrzec jakiegoś rewolucjonistę. Zresztą nie jestem pewien, czy muzyczne rewolucje są dziś jeszcze możliwe.