Nagano: Przywykliśmy do swoich dziwactw
"Wolę, jak ludzie szukają ukojenia w soulu niż współczesnym popie, choć prawdą jest, że wiele tego nowego-starego soulu jest udawana" - twierdzi Yukimi Nagano. Jedwabnogłosa liderka szwedzkiego kwartetu Little Dragon przed trzema koncertami w Polsce zdradza nam sposoby na podbój Ameryki.
- Morze pięknego smutku Corinne Bailey Rae
- Orkiestrowy zwiastun nowego Gorillaz
- Serial z Jill Scott już wkrótce w Polsce
- Oto największy popowy uwodziciel tego roku
- Kto zatriumfuje na Grammy 2010? Kobiety!
- Vaya Con Dios na Smooth Jazz Festival
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
LITTLE DRAGON w Polsce
12.02 - Poznań, Eskulap
13.02 - Warszawa, Powiększenie
14.02 - Katowice, Hipnoza
„Machine Dreams” – tytuł waszej nowej płyty odnosi się do sposobu, w jaki ona powstawała?
Yukimi Nagano: Oczywiście. Tym razem jeszcze bardziej zależeliśmy od maszyn, które dziś należy chyba już traktować jak gitary. To takie same instrumenty. A „Machine Dreams” to dość prosta gra słów. Chodzi po prostu o maszyny, dzięki którym możemy spełniać swoje marzenia. W naszym przypadku chodzi o robienie muzyki i sprawianie, że ludzie na chwilę będą mieli możliwość przeniesienia się gdzieś indziej.
Często potrzebujesz takiego oderwania się od rzeczywistości?
Cóż – zerknij za okno. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Goteborgu mamy zwały śniegu i nie za bardzo chce mi się konfrontować z rzeczywistością (śmiech).
A macie jakieś ulubione maszyny? Wielu muzyków twierdzi, że ich instrumenty mają niepowtarzalne dusze – miewają nawet kaprysy – szczególnie te starsze. Jak jest w waszym
przypadku?
Szczerze mówiąc nie za bardzo się na tym znam. O wiele bardziej interesuje to moich kolegów z zespołu. Cały czas gadają o jakichś starych syntezatorach, których symbole mi się mieszają. Ja skupiam się na śpiewaniu.
No właśnie – jesteś jedyną dziewczyną w zespole. Jak sobie radzisz z ciągłym towarzystwem samców? To chyba niełatwe. Tym bardziej że ostatnio nieustannie jesteście w
drodze.
Cóż – często nie ma to nic wspólnego z tym romantycznym, hippisowskim mitem kapeli grającej koncerty i czerpiącej z życia całymi garściami. To naprawdę ciężka harówa. Kiedy graliśmy trasę po USA, wszędzie jeździliśmy własnym vanem. Kończysz koncert o trzeciej nad ranem, a o szóstej trzeba wstać, żeby dojechać na kolejny. Telepiesz się więc półprzytomna z trzema kolesiami i zastanawiasz się, co robisz na tych bezdrożach.













































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!