Twórczy niepokój ballad Massive Attack
Po siedmiu latach milczenia brytyjska legenda trip-hopu wraca na rynek w wielkim stylu. Massive Attack odzyskuje formę po rozpadzie grupy i ostatnim nieudanym albumie "100th Window" znów jest w grze. Znakomitym "Heligoland" nie proponuje jednak powtórki z odświeżającej rewolucji z lat 90.
- Pornogwiazda promuje nowe Massive Attack
- Piękny mrok nowego Massive Attack
- Atak nowych klipów Massive Attack
- Bruce Willis goni Gorillaz
- Massive Attack prezentuje klip i remiksy
- Tricky w Warszawie
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 3°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Heligoland"
Massive Attack
Wyd. EMI 2010
Nie stara się przewiercić wyświechtanego trip-hopu na wylot ani stworzyć muzyki tła, bezwiednie unoszącej się nad elektronicznymi poszumami, jak to, co wydał z siebie w 2003 r. Owszem,
zapowiadające płytę pornograficzne wideo (do "Paradise
Circus") powoli buduje nastrój grozy jak z wczesnego Portishead, doprawiony odrealnionym wokalem księżniczki dream popu Hope Sandoval.
Nawróceni na naturę
Ale na "Heligoland" Massive Attack przede wszystkim nawraca się na melodie, głos i naturalne brzmienia. Nie na miarę słynnego "Unfinished Sympathy" z Sharą
Nelson czy "Teardrop" z Elizabeth Fraser, jednak zdecydowanie jest to pięknie wyśpiewana, bardzo naturalnie nagrana płyta. Massive Attack wchodzi nią w głąb somnambulicznej,
plemiennej gęstwiny dźwięków, w której na plan pierwszy wybija się śpiew zbliżający go znów do znakomitych, mrocznych czasów "Protection" i
"Karmacomy".
Na "Heligoland" Daddy G i 3D przyjęli też strategię z okolic największych sukcesów bristolskiego soundsystemu. Lecz nie ma ona nic wspólnego z komercyjnym przetrawianiem pomysłów z wcześniejszych płyt. Przed wejściem do studia Daddy G, jeden z ojców założycieli, który wrócił do składu zespołu, zapowiadał, że przywróci mu też czarną muzykę. I tak się stało: jego powrót sporo zmienił w brzmieniu płyty, która inteligentnie nawiązuje do dubu, reggae i trip-hopu. Mad Professor, w tym samym stopniu co wypełniający całym sobą tę płytę Horace Andy, mógłby chyba czuć dumę z subtelnego przetworzenia korzennej, dusznej rytmiki, jaka wpłynęła na brzmienie pierwszych albumów Massive Attack. A mimo użycia naturalnych instrumentów – fortepianu, gitar, perkusji, analogowo generowanych brzmień – bristolski duet zahacza też o elektronikę, o czym świadczy "Fat of the Blade". Jednak to dzięki słynnym współpracownikom o interesujących głosach "Heligoland" przypomina o najlepszych momentach Massive Attack, których nieprzypadkowo charakterystycznym akcentem byli wokaliści.













































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!