Królowa buduarowego soulu powróciła
Tych, którym marzy się techno-soulowa Sade w odmienionej wersji, trzeba rozczarować. Poszukiwacze futurystycznych odkryć na "Soldier of Love" nie mają czego szukać. Nowa Sade to przewidywalnie piękny prezent dla fanów, którzy po dziesięciu latach oczekiwania stracili nadzieję na kolejny album wokalistki.
- Sade muzyki klubowej zaśpiewa w Polsce
- Muzyczna konfekcja i smoothjazzowa nuda
- Posłuchaj pierwszej od 9 lat piosenki Sade
- Morze pięknego smutku Corinne Bailey Rae
- Oto następca hitu "Smooth Operator"
- Sade przedstawia żołnierza miłości
- "Brazylijska Sade" dwa razy w Polsce
- Trzy nowe kawałki bogini smooth jazzu
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
"Soldier of Love"
Wyd. Sony BMG, 2010
Ocena: 4/6
W teledysku do singla „Soldier of Love” Sade Adu śpiewa, że „już zapomniała, jak właściwie używa się serca, ale wciąż jest wśród żywych”. Nigdy
jeszcze nie brzmiała tak posępnie, a od czasu dusznego „I Never Thought I’d See The Day” (1988) nie nagrała tak nowoczesnej rzeczy. Ale tych, którym marzy się
techno-soulowa Sade w odmienionej wersji, trzeba rozczarować. Jeśli szukacie na tej płycie futurystycznych odkryć nowego tysiąclecia, zawiedziecie się. Jeśli posłuchacie jej dla muzyki -
może nie.
Choćby dlatego, że po dziesięciu latach milczenia trudno oczekiwać, żeby wokalistka, która wcześniej przez ponad dwie dekady wydawała albumy z utworami wciąż tak samo stylowo
staroświeckimi jak „Smooth Operator” czy „Hang On To Your Love”, zrobiła zasadniczy zwrot ku współczesności. Tak samo, jak trudno wymagać, żeby
powróciła w równie dobrej formie. W innych utworach na „Soldier of Love” stara się odejść od sypialnianych skojarzeń ku refleksji, ale również wprowadzić elementy
country i sentymentalnego walca – z połowicznym sukcesem. Od elegijnej ballady „Morning Bird” przez świetne, reggae’ujące „Babyfather”
po refleksyjne „In Another Time”, gdzie tłem są smyczki i saksofon, Sade udaje się wyważyć 42-minutowy album między osobistą spowiedzią a ponadczasowymi aranżacjami.
Znamy to na pamięć, a wciąż brzmi dobrze, więc gdzie leży tajemnica? W niezmienności jej muzyki i w głosie Sade, jak zawsze uszlachetniającym smooth-jazzowe banalizmy. W fortepianowych
arabeskach „Morning Bird”, w nostalgii „Skin” i kończącego płytę „The Safest Place” Sade jest powściągliwsza niż dawniej. Zgoda, nie
ma tu też przebojów na miarę „Your Love Is King”, a nawet może wydawać się, że pod tym względem „Soldier of Love” jest krokiem wstecz, bo melodiom
nieco brak typowej dla Sade mrocznej zmysłowości.

















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!