Za swoją dzisiejszą popularność Youssou N’Dour czy Angélique Kidjo powinni podziękować właśnie jemu. Na początku lat 70. Salif Keita dołączył do grupy Les Ambassadeurs w malijskim Bamako i wraz z nimi przyrządził elegancką muzyczną potrawę, która smakowała nie tylko zachodnią Afryką, ale także jazzem, rockiem, elektroniką i latynoskimi rytmami.

Co prawda już kilka lat wcześniej w Nigerii Fela Kuti mieszał zadziorny funk z jazzem i pulsowaniem yorouby, jednak to bardziej przyswajalna muzyka Keity pozwoliła wypłynąć afrykańskim dźwiękom na szersze wody mainstreamu. Dziś obdarzony głębokim barytonem i łatwością komponowania chwytliwych melodii Malijczyk ma status gwiazdy, ale jego droga do sukcesu była bardzo kręta.

Nie małpować ojców

"Nie musimy być takimi, jakimi są nasi ojcowie czy dziadkowie. Dlatego nigdy nie słuchałem rad starszych, którzy twierdzili, że "szlachcic nie może robić tego czy tamtego" – mówi "Dziennikowi Gazecie Prawnej" prawie 60-letni artysta.

Z jednej strony rodzina afrykańskiego "szlachcica" – potomka Sundiaty Keity – założyciela dynastii Mali, zawód muzyka uważała za uwłaczający ich wysokiej pozycji społecznej. Z drugiej strony za to, że urodził się biały, Keita mógł zapłacić życiem. Bo albinosi są przez lud Mandingo tępieni, uważani za przynoszących pecha, a nawet zabijani. Wyrzucony z domu błąkał się po ulicach, niezdolny do pracy na roli z powodu delikatnej skóry.

Uratował go muzyczny talent, który ćwierć wieku później przyniósł mu nominacje do Grammy za wyprodukowany przez Joego Zawinula album "Amen" (1991 r.) z gościnnym udziałem m.in. Wayne’a Shortera i Carlosa Santany czy statuetkę Les Victoires de la Musique – najważniejszej nagrody muzycznej we Francji za ostatnią płytę "La Difference".

W tym kraju Keita wielbiony jest szczególnie. Nic dziwnego – przez 20 lat mieszkał w Paryżu, gdzie przeniósł się w latach 80., podobnie jak Cesaria Evora czy Angelique Kidjo.

"To Francja zapoczątkowała promocję afrykańskich brzmień na świecie. A Paryż wciąż uważam za stolicę naszej muzyki" – uśmiecha się artysta.

Pełen akustycznych gitar krążek "La Difference" Keita nagrał m.in. właśnie w Paryżu, Los Angeles, Beirucie i malijskim Bamako, gdzie wrócił pięć lat temu i wybudował własne studio nagraniowe Le Moffou. Taką nazwę nosi też jeden z najlepszych albumów w karierze Keity. Na wydanej w 2002 r. płycie znalazł się utwór "Madan", który w energetycznej wersji Martina Solveiga podbił klubowe parkiety.

Pop bez żenady

"Salif Keita świetnie radzi sobie na rynku muzycznym, nie tracąc swojej afrykańskiej tożsamości. Jego muzyka to pop, którego można słuchać bez żenady. Życzyłbym polskim producentom takiego brzmienia" – mówi Maciej Szajkowski, propagator muzyki etno, który prowadzi w Polskim Radiu Euro audycje "Batyskaf" i "Folk Off".

Pozostaje jeszcze sprawa ilości krążków, w nagraniu których wziął udział artysta. Na pewno jest ich więcej niż trzydzieści, ale tu łatwo o pomyłkę, biorąc pod uwagę różne kompilacje i soundtracki (m.in. piękna ballada "Tomorrow" ze ścieżki dźwiękowej do obrazu "Ali", biograficznego filmu o słynnym bokserze z Willem Smithem w roli głównej).

Podczas Ethno Jazz Festivalu artysta chce promować nie tylko swoją muzykę. "Zależy mi na tym, żeby wszyscy dowiedzieli się o założonej przeze mnie fundacji The Salif Keita Global Foundation, która działa na rzecz poprawy życia albinosów na Czarnym Lądzie. Wciąż są tu zabijani, wciąż widać ich krew... Trzeba o tym głośno mówić."

Salif Keita, Ethno Jazz Festival, 20 marca, Wytwórnia Filmów Fabularnych we Wrocławiu (ul. Wystawowa 1), godz. 20, bilety: 60, 90, 120, 150 zł, www.ethnojazz.pl