Co oznacza tytuł twojej nowej solowej płyty? Czym jest ta „Jedna dobra rzecz”?

Lou Rhodes: Ten tytuł oznacza momenty w życiu, które pozwalają ci dostrzec nadzieję. To niekoniecznie muszą być jakieś wielkie wydarzenia czy zmiany. Czasem wystarczy promień słońca albo uśmiech dziecka, żeby nagle świat wydał ci się normalniejszy i bardziej przyjazny.

Świat wydaje ci się aż taki straszny?

Cóż, ostatnio nie miałam zbyt wielu powodów do radości. Od wydania mojej ostatniej solowej płyty sporo się zmieniło w moim życiu. Bardzo dużym przeżyciem dla mnie była śmierć mojej siostry. W dodatku rozstałam się z ojcem swoich dzieci. W ciągu ostatnich dwóch lat bardzo się zmieniłam. Zamknęłam się w sobie i odcięłam się od ludzi.

„One Good Thing” to twoja najbardziej osobista płyta. Jest tam m.in. utwór „Janey”, poświęcony właśnie twojej siostrze, śpiewasz też o rozstaniu i miłości. Nie boisz się takich intymnych zwierzeń?

Tak, czasem zastanawiam się nad tym, czy faktycznie nie dzielę się zbyt hojnie swoimi uczuciami z publicznością. Od zawsze mam ten problem, bo z jednej strony nie jest możliwe pisanie szczerych tekstów, które w jakiś sposób nie są zakorzenione w uczuciach autora, a z drugiej – nie można się całkowicie odsłaniać. Staram się to wyważyć. Często pomysł na piosenkę ma początek w moich osobistych doświadczeniach, a resztę wymyślam i dopasowuję do głównej myśli.

Twoja dotychczasowa twórczość – zarówno ta realizowana w ramach Lamb, jak i ta solowa – zawsze obracała się wokół estetyki smutku i melancholii. Jesteś taka prywatnie?

To zabawne, ale bardzo wielu ludzi sądzi, że jestem strasznie smutną osobą, a to nieprawda. Nie jestem typem wiecznie roześmianej kobiety, ale też nie dołuję się bezustannie. Każda zła chwila kiedyś się kończy.

Często tak jest, że artyści tworzący mroczną, smutną muzykę w rzeczywistości mają pogodne osobowości. Skąd się to bierze?

Myślę, że to generalnie cecha ludzi kreatywnych. Chodzi o to, że takie osoby nie uciekają od uczuć i emocji – jakiekolwiek by one były. Kiedy jestem smutna, to nie robię wszystkiego, żeby natychmiast się od tego smutku uwolnić. Raczej staram się go zrozumieć, posmakować. To ważne, żeby żyć w pełni, żeby nie bać się doświadczać wszystkiego. To właśnie z poznawania różnych odcieni smutku i radości biorą się dobre teksty.

„One Good Thing” jest też bardzo minimalistycznym albumem. Właściwie oprócz twojego wokalu i gitary akustycznej nie ma tu wielu innych instrumentów.

Muzyka, która mnie inspiruje, z reguły jest prosta. Tak jest w przypadku mojego ukochanego Nicka Drake’a i płyty „Five Leaves Left” albo „Chelsea Girl” Nico. Dlatego cała płyta była nagrywana na tzw. setkę, czyli na żywo. Zrobiliśmy to w starym stylu – mikrofon i artysta, który musi zmierzyć się z całą piosenką, żadnego nagrywania pojedynczych partii po sto razy i kombinowania komputerowego. Chciałam, żeby wszystko brzmiało jak najbardziej naturalnie.

Dalej słuchasz Henryka Mikołaja Góreckiego, któremu poświęciliście z Lamb swój największy hit?

Tak – bardzo cenię klasykę spod znaku Henryka Mikołaja Góreckiego albo Arvo Parta. Jest w ich twórczości tajemnica i mistycyzm, która mnie pociąga.

W produkcji płyty pomagał ci kolega z Lamb Andy Barlow. Skąd ten pomysł?

Poprzedni album „Bloom” nagrywałam w dużym komerycyjnym studiu i ten pomysł nie był najszczęśliwszy. Nie lubię mieć poczucia, że każda minuta kosztuje fortunę i że muszę się śpieszyć. Poza tym tym razem chciałam uniknąć przeprodukowania – zbyt dopieszczonych piosenek, które przez to stają się nierealne i sztuczne. Dlatego tym razem zdecydowałam się na nagrywanie w domowym zaciszu. Andy był naturalnym wyborem, bo to człowiek, któremu ufam i którego dobrze znam, choć nie do końca byłam przekonana do tego pomysłu i nie planowałam tego od początku. Chodzi o to, że Andy musiał zrozumieć, że praca nad moim albumem będzie się różnić od tego, co razem robiliśmy w Lamb. Tu nie było mowy o kompromisach – to miał być mój album, nad którym Andy tylko czuwał. Na szczęście bardzo dobrze odnalazł się w tej roli i obyło się bez zgrzytów.

No to muszę cię zapytać o kolejną płytę Lamb. Po latach przerwy w zeszłym roku znowu koncertowaliście, m.in. również w Polsce. Czy to oznacza, że możemy spodziewać się nowego wydawnictwa twojej macierzystej formacji?

Nie wykluczamy takiej możliwości, ale na pewno nie stanie się to prędko. Teraz przede wszystkim chcę się poświęcić promocji mojego solowego albumu. Jeśli chodzi o współpracę z Andym, to na razie zaśpiewam w jednym utworze z jego solowej płyty.

Zdecydowałaś się zostać pierwszą artystką nowego labelu Motion Audio, założonego przez Joego Swinscoe i ludzi z Ninja Tune. Nie obawiałaś się takiego ryzyka?

To był ich pomysł i nie ukrywam, że bardzo mi schlebił. Bardzo szanuję to, co Joe robił z Cinematic Orchestra, więc od razu w to weszłam. On jest muzykiem, więc jego podejście do artysty jest zupełnie inne niż typowych pracowników z wytwórni. Nie ograniczał mnie i pozostawił mi zupełną wolność w kwestii decyzji artystycznych.

A jak będą wyglądały twoje koncerty? Zamierzasz zachować minimalistycznego ducha płyty?

Zdecydowanie tak. Na scenie będzie mnie jedynie wspierać wiolonczelista, który dodatkowo będzie obsługiwał drobne perkusjonalia, i basista. No i ja będę jeszcze dodatkowo obsługiwać stopę. Zauważyłam, że kiedy na scenie jest dwóch albo trzech muzyków, publiczność bardziej skupia się na muzyce. To bardzo trudne z mojego punktu widzenia, bo taki skromny zespół musi być bardzo charyzmatyczny, ale gra jest warta świeczki. Przy tak prostych aranżach zaczęłam doceniać siłę ciszy. Dlatego postanowiłam na nowo zaaranżować też sporo starszych numerów. Na moich koncertach ludzie regularnie płaczą. To dla mnie dowód, że to, co robię, ma w sobie siłę.

RECENZJA PŁYTY "ONE GOOD THING" LOU RHODES

Już od pierwszych taktów „One Good Thing”wiadomo, z kim mamy do czynienia. Charakterystycznego, rozedrganego głosu Lou Rhodes nie sposób pomylić z żadnym innym. Zgodnie z zapowiedziami to on jest centralnym punktem płyty, wspieranym przez jasne i przestrzenne nagranie gitary akustycznej albo oszczędne pociągnięcia sekcji smyczkowej, tak jak w otwierającym płytę „One Good Thing”.

W porównaniu z poprzednim albumem Rhodes „Bloom”, ten nowy jest znacznie oszczędniejszy – praktycznie nie istnieje tu sekcja rytmiczna. Sporadycznie pojawia się gdzieniegdzie stłumione uderzenie stopy, ale rytm nadają głównie akordy gitary i sama Lou.

Uwagę zwraca naturalne i dynamiczne brzmienie tych ballad – brak tu charakterystycznego dla współczesnych produkcji „grania pod linijkę” – słychać drobne nierówności, ballady zwalniają albo lekko przyśpieszają, falując zgodnie z dramaturgią pieśni. Jedynym zgrzytem jest dość jednorodny skład albumu. Prawie każda piosenka wydaje się podobna do poprzedniej i brak jakichś wybitnych melodii, które powodowałyby dreszcze.