Trudno nagrać płytę dla Blue Note?

Aga Zaryan: Okazuje się, że łatwo. Wystarczy się solidnie napracować i dostarczyć satysfakcjonujący materiał (śmiech). Wysłaliśmy do Blue Note gotową płytę, proponując wydanie „Looking Walking Being”. Amerykanie szybko zareagowali: przesłuchali album i podjęli decyzję o współpracy.

Skoro to takie łatwe, czemu nie udało się innym polskim artystom?

Myślę, że znaczenie miało to, że nie jestem debiutantką i mam koncie kilkadziesiąt tysięcy sprzedanych albumów, w tym platynowe płyty. Ale panowie z Manhattanu byli przede wszystkim zaskoczeni, że w europejskim kraju robi się taką muzykę.

Trafiasz pod skrzydła firmy, dla której nagrywali najwięksi artyści jazzu.

Mam nadzieję, że bycie w wielkiej rodzinie artystów Blue Note Records wiele ułatwi – w planach mamy między innymi festiwale międzynarodowe. Ale dla polskich muzyków to także dobry znak, że nie powinni mieć kompleksów. Bo oni również mogą zostać docenieni. W muzyce trzeba kierować się sercem, a nie tylko wskaźnikami sprzedaży.

Wielu polskich wykonawców próbowało zawojować Zachód, raczej z mniejszymi sukcesami, teraz do walki przystępujesz ty. Chcesz podbić zagraniczne rynki?

Chciałabym. To byłoby podsumowanie kilku lat wytężonej pracy, przede wszystkim w Polsce. Poza tym moja muzyka jest skierowana do szerokiej publiczności. Nie stawiam jej barier – chcę, by mógł jej posłuchać każdy. Są plany wypuszczenia tej płyty w świat, wydania jej w innych krajach, i myślę, że nastąpi to już niedługo, ale nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów. Kontrakt z Blue Note właśnie to oznacza: wyjście z muzyką dalej. Teraz jesteśmy w trakcie trasy koncertowej po Polsce, co jest dla mnie równie ważne jak występy zagraniczne. Niedawno wróciłam z Norwegii, a wcześniej miałam koncerty w Turcji – wszędzie spotykaliśmy się z gorącym przyjęciem, co świadczy o tym, że nasza muzyka jest bardzo uniwersalna, i o to mi chodziło.

Od lat jesteś wierna tym samym współpracownikom, którzy zagrali i napisali część piosenek na najnowszą płytę. Michał Tokaj jest z tobą od początku kariery, z Munyungo Jacksonem nagrywasz już trzecią płytę. Po 10 latach ta formuła nie wyczerpała się, co nie zdarza się za często w świecie jazzu.

Bardzo wierzę w to, że współpraca, która trwa długo, procentuje – w jazzie może nawet bardziej niż w innych gatunkach. Michał Tokaj i Łukasz Żyta są ze mną od czasu debiutu, znam ich kilkanaście lat i wiem, że są niezawodni. Z Jacksonem współpracuję od czterech lat. Jest niezwykle doświadczonym muzykiem, który świetnie odnajduje się nie tylko w jazzie. Czeski jazzman David Doruzka gra ze mną już od 2006 roku. Bardzo sobie go cenię, bo jest nie tylko wirtuozem gitary, lecz również ciekawym kompozytorem, zafascynowanym muzyką skandynawską, co wnosi akcent indywidualny do naszej współpracy. Michał Barański jest z kolei jednym z najzdolniejszych młodych kontrabasistów polskich. Ten polsko-amerykańsko-czeski team bardzo się sprawdza zarówno podczas koncertów, jak i w studiu. Gdy przystępowałam do pracy nad „Looking Walking Being”, zależało mi bardzo na określonym brzmieniu i mogłam być pewna, że z tymi muzykami – z którymi spędziłam setki godzin w trasach i na scenie – je osiągnę.


Płyta jest zarówno różnorodna stylistycznie, jak i bardzo zwarta. Jak pracowaliście nad nią?

Z wyjątkiem jednego utworu, do którego najpierw piękną muzykę napisał Zbigniew Wegehaupt, pracę nad wszystkimi kompozycjami zaczynałam od tekstów – część z nich to wiersze amerykańskiej poetki Denise Levertov – do których następnie powstała muzyka. To było nowe, ważne wyzwanie. Miałam jedynie bardzo ogólne wyobrażenie brzmienia każdego z tych utworów, więc gdy pisałam e-maile do muzyków z prośbą o skomponowanie muzyki, nakreślałam im tylko ogólne ramy tych kompozycji i ich klimat. Zresztą, to są tak wybitni artyści, że nie śmiałabym dyktować, co mają pisać ani jak grać. Po pewnym czasie dostawałam gotową kompozycję, którą ogrywaliśmy przed wejściem do studia, podczas kilkudniowych prób, które organizowałam z dala od miejskiego zgiełku.

Album powstawał więc właściwie na odległość?

Tak, głównie w Warszawie, ale również częściowo w Los Angeles. Munyungo Jackson nagrywał partię perkusji w studiu amerykańskim, a potem przysyłał do Polski. W przypadku „Looking Walking Being” wyczerpujący był już sam proces powstawania. Komponowanie, nagrywanie, a także dogrywanie różnych partii było koronkową robotą. Nie tylko dlatego, że wszyscy pracowaliśmy nad albumem z różnych części świata i po kolei dokładaliśmy do materiału po cegiełce. Przy tak różnorodnym materiale mieliśmy problem, jak złożyć wszystkie elementy w całość i uzyskać maksymalnie spoiste brzmienie.

Jazz, bossa nova, jazz-rock, soul, motywy skandynawskie – pod względem inspiracji nie jest to płyta amerykańska. Za to jakością brzmienia i poziomem produkcji przypomina perfekcyjne albumy wykonawców zza oceanu.

Bardzo staraliśmy się dopieścić każdy szczegół, sprawić, by słuchało się muzyki z przyjemnością. Wyobrażałam sobie kogoś, kto włącza odtwarzacz i wkłada do niego moją płytę. Dla współproducenta albumu Michała Tokaja i dla mnie punktem honoru było zrobienie perfekcyjnego albumu, którego wysłuchanie będzie luksusem. Poza tym wpewnym momencie zdałam sobie sprawę, że jestem zmęczona śpiewaniem standardów jazzowych. Po „Live at Palladium” doszłam do wniosku, że chcę odpocząć od jazzowej klasyki i swingu. I że chcę zrobić autorską płytę, na której będzie miejsce dla fascynujących mnie brzmień. Ale pewnie jeszcze kiedyś wrócę do standardów.

Teksty są dla ciebie wyjątkowo ważne, o czym świadczy też wybór wierszy amerykańskiej poetki Denise Levertov. Dlaczego taki nacisk kładziesz na słowo?

Według mnie w muzyce chodzi o to, żeby się wypowiedzieć, nie tylko zaśpiewać nuty. Istotne jest, o czym śpiewam, bo tekst jest tak samo ważny jak muzyka. Levertov odkryłam w antologii poetek amerykańskich Julii Hartwig „Dzikie brzoskwinie”. Zachwyciły mnie jej wiersze, wydały mi się bardzo bliskie mojemu postrzeganiu rzeczywistości. Dopiero potem dowiedziałam się, że ta wybitna poetka tłumaczona była już wcześniej m.in. także przez Czesława Miłosza, jej przyjaciela. Dziś mogę powiedzieć o sobie, że jestem narratorem, który stoi z boku i przekazuje ludziom pewne istotne spostrzeżenia. To tak naprawdę najbardziej mnie interesuje. Poznałam już dobrze mój głos i wiem, czego szukam w muzyce, więc nie mam potrzeby bez końca udowadniać sobie i innym swoich możliwości technicznych. Za to chętnie zanurzam się w opowieści, używam głosu jak medium w muzyce. Uwielbiam improwizować na tekście. Wielką przyjemność sprawia mi też śpiewanie własnych.


Czego więc szukasz w muzyce? Słuchając „Looking Walking Being”, cały czas miałam wrażenie, że uciekasz od konwencji...

Chcę mówić o tym, co ważne: o sobie i moim spóźnionym dorastaniu do bycia kobietą. O rozedrganiu, jakiego doświadczyłam wcześniej, i uspokojeniu, jakie przyszło w pewnym momencie. O tym, jak się zmieniam i jak dochodzę do szczęścia, które, jak się okazuje, jest tu i teraz. Na okładce płyty umieściłam sentencję Marka Rudmana: „Świat nie jest do oglądania, trzeba w nim być”. Oddaje to mój obecny stan ducha, który, jak sądzę, jest uniwersalny dla pewnego wieku i etapu życia. Staram się tak pisać teksty, by nie były zbyt hermetyczne – śpiewając o sobie, śpiewam przecież o innych kobietach, które „przeglądają się” w tych utworach. Zależy mi na tym, by mówić o sytuacji współczesnych kobiet, ale w sposób, który nie wykluczałby intymności. Nawet jeśli później mam problemy z odkryciem się przed publicznością, stojąc na scenie....

Tak bywa?

Z czasem coraz mniej. Ale czym innym jest przelanie głęboko osobistej historii na papier, czym innym jest zaśpiewanie jej na próbach czy w studiu, a zupełnie czym innym opowiedzenie jej tłumowi obcych osób w sali koncertowej. I muszę przyznać, że ten autorski projekt, „Looking Walking Being”, uczy mnie przełamywania się i większej otwartości.

Harmonię wewnętrzną znalazłaś dzięki muzyce?

Nie, myślę, że to dzięki pracy nad sobą. Muzyka jest dla mnie oczywiście terapią, bo śpiewanie muzyki improwizowanej daje mi wyzwolenie i oczyszczenie. Dzięki jazzowi, który pozwala mi na większą swobodę, czuję się panią własnego losu. Dlatego wybrałam dla siebie właśnie taką drogę. Ale spokój przyszedł dopiero ostatnio, w końcu do niego dorosłam. Długo dojrzewałam, potrzebowałam czasu, żeby się odnaleźć i spokojnie poczuć we własnej skórze. Intuicja mi podpowiada, że nadchodzi dla mnie naprawdę dobry czas. Wiem, że jeszcze wiele przede mną, jednak dziś mogę powiedzieć, że znalazłam równowagę między życiem osobistym a zawodowym, a to już naprawdę w moim przypadku wiele.

Ta płyta wydaje się radośniejsza niż twoje poprzednie albumy.

Na pewno przyczyniły się do tego aranżacje na „Walking Looking Being”, które są dużo bogatsze niż na „Picking Up The Pieces”. Cały album jest gęstszy, bardziej rytmiczny, mocniejszy brzmieniowo. To wynika również z bardziej optymistycznych tekstów – pasowała do nich właśnie taka muzyka.


Jedni uważają, że polski jazz to zjawisko oryginalne, inni – że nasz jazz od lat stoi w miejscu. Grasz z wybitnymi muzykami młodego pokolenia. Jest szansa na powstanie skonsolidowanej szkoły jazzu polskiego na miarę XXI wieku? A może ona już powstaje?

Może, ale dzieje się to na razie powoli. Mamy wielu bardzo dobrych muzyków, którzy grają jazz nowoczesny na światowym poziomie, jak saksofoniści Adam Pierończyk, Maciej Obara, Radek Nowicki, trębacz Jurek Małek, gitarzysta Rafał Sarnecki czy pianista Piotr Wyleżoł i jego trio, a także ciekawe trio Marcina Wasilewskiego czy RGG. To pokolenie muzyków – trzydziestoletnich, dobrze wykształconych instrumentalistów – gra zupełnie inaczej, niż się w Polsce grywało kiedyś. Problem upatruję też w podziałach wewnątrz tzw. środowiska jazzowego. To niestety nie jest zwarta grupa, która się wspiera, co szczególnie widać podczas festiwali. Ich programy zależą od gustu i sympatii dyrektorów programowych. Media dostrzegają zwykle tylko gwiazdy, a nam brakuje kultury i edukacji jazzowej na podstawowym poziomie. Tyle się mówi o misji telewizji publicznej, tymczasem koncerty jazzowe są w TVP Kultura emitowane po północy, interesujących programów muzycznych w „Dwójce” czy telewizjach komercyjnych brak, a władze TVP wolą organizować kiczowate festiwale dla mas za ogromne pieniądze, spychając ambitniejszą kulturę na boczne tory.

Co można by zrobić, żeby było lepiej?

Można by skromną częścią pieniędzy z telewizyjnych budżetów na masówkę wesprzeć imprezy jazzowe. Można by też stworzyć np. festiwal młodego jazzu, reprezentujący różne jego odłamy, w tym najmłodszą generację jazzmanów. Bo oni nie mają pieniędzy na supersprawnych menedżerów i nie sprzedają setek tysięcy płyt. Jeśli ktoś ich nagle nie zauważy, nie dostaną szansy na wielką promocję i kontrakty. I być może nie będą mieli szansy, by żyć z muzyki. Z jednej strony staram się być ponad tymi podziałami, z drugiej – wciąż ubolewam, że polski jazz trąci myszką.

Jak więc oceniasz szanse młodych na osiągnięcie sukcesu z perspektywy swoich dziesięciu lat obecności na polskim rynku?

Tak się składa, że ja debiutowałam koncertem w 1998 roku w nieistniejącym już warszawskim klubie jazzowym Akwarium. Patrzę teraz na to jak na odległą przeszłość, a przecież gdy wydawałam pierwszą płytę, miałam już 25 lat. Przebiłam się dopiero przy drugim albumie, wcześniej przez wiele lat łączyłam dwa zawody – nauczycielki angielskiego i wokalistki jazzowej. Po zajęciach z dzieciakami wracałam do domu zmęczona jak pies, przebierałam się w sukienkę, robiłam makijaż i leciałam do zadymionych klubów jazzowych, gdzie śpiewałam do późnej nocy. Żyłam w dwóch różnych światach.

Po kilku latach takiego życia byłaś pewnie wykończona.

Tak, ale muzyka dawała mi energię do życia. Wiedziałam, że nie zrezygnuję ze śpiewania. W ciągu tych kilku lat wiele razy dostawałam kuszące finansowo propozycje nagrania płyt popowych. Z reguły były nieciekawe artystycznie, więc je odrzucałam: nie do przyjęcia było dla mnie zaśpiewanie czegoś, z czym się nie zgadzam i co jest narzucone z góry. Miałam oczywiście pracę, z której mogłam się utrzymać, więc łatwiej było mi wybierać. Ale wiedziałam także, że by odnieść sukces, muszę być konsekwentna i cierpliwa. Krok po kroku zmierzać do celu, który majaczył gdzieś w oddali. Czasem wydawało mi się, że niewiele się dzieje, chciałam przyspieszyć bieg rzeczy. To co się stało teraz, pokazuje, że warto czekać, warto być wiernym sobie i nie płynąć głównym nurtem. Droga na skróty nie zawsze popłaca.