Na trasę promującą album „Selected” nie zabiera pan zespołu. Jak będą zatem wyglądały koncerty?

Alan Wilder: Wraz z Paulem Kendallem (brytyjski producent i artysta multimedialny – przy. red.) przesłuchaliśmy wszystkie numery Recoil, także te przed ostatecznym masteringiem i remiksy. Stworzyliśmy set, który można nazwać ogromnym remiksem dokonań Recoil. Zależało nam przy tym na minimalizmie efektów. Bardzo duże znaczenie w projekcie ma obraz. Najpierw spędziłem trzy miesiące, wymieniając się z czterema reżyserami pomysłami na ilustrację do mojej muzyki. Wybrałem Paula, bo bardzo spodobało mi się jego niekonwencjonalne podejście i to, że tworzy nowatorskie efekty wizualne. Podczas występów używamy programu Ableton, na żywo tworząc do tego efekty muzyczne i wizualne.

Nie występował pan wcześniej na żywo z Recoil, za to w lutym pojawił się po raz pierwszy od 15 lat na scenie z Depeche Mode?

Andy, Martin i Dave zaprosili mnie do wspólnego występu podczas koncertu charytatywnego w londyńskiej Royal Albert Hall. Ucieszyłem się na spotkanie z nimi po tylu latach. To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem DM po moim odejściu, i widząc rozentuzjazmowany tłum i sam zespół, w pełni zrozumiałem, na czym polega przyjemność grania na żywo. Dziwnie to zabrzmi, ale zajęło mi to jakieś 30 lat. Wcześniej nie miałem specjalnej ochoty oglądać zespołu, bardzo się jednak cieszę, że w końcu ich zobaczyłem i że publiczność nasz wspólny występ odebrała tak pozytywnie. Świetnie się bawiłem.

Pierwsze trzy płyty Recoil nagrał pan, jeszcze będąc w składzie Depeche Mode. Jak zmieniło się Recoil, gdy skupił się pan na pracy wyłącznie przy tym projekcie?

Na pewno polepszyła się muzyczna jakość Recoil. Po odejściu od Depeche Mode zacząłem swój projekt traktować bardziej poważnie. Chciałem udowodnić, że to coś więcej niż tylko instrumentalny produkt. Od czasu płyty „Unsound Methods” mogłem się wreszcie na tym skoncentrować.

Od DM odszedł pan w 1995 roku, jak zareagowali członkowie zespołu na tę decyzję?

Fletcher był wkurzony, Martin specjalnie się tym nie przejął, a Dave był wtedy niezdolny do jakiejkolwiek oceny.

To jednak członkowie DM walczyli o to, żeby został pan przyjęty do zespołu. Podobno podczas przesłuchania nie spodobał się pan menadżerowi Danielowi Millerowi?

Nie chodzi o to, że mnie nie polubił. Obawiał się o moją motywację. Byłem wykwalifikowanym muzykiem, a wtedy zespół niekoniecznie potrzebował w swoim gronie zawodowego muzyka. Danielowi spodobał się kto inny podczas przesłuchania, ktoś, kto też pisał piosenki, ale zespół zdecydował się na mnie. Z drugiej strony to właśnie Daniel przekonał mnie, żebym spróbował zarejestrować demo Recoil. Inaczej było w przypadku moich piosenek dla DM. Sam prosiłem zespół o to, byśmy je nagrali i zobaczyli, co z tego wyniknie.

Na początku kariery przybrał pan pseudonim Alan Normal. Chodziło o przeciwieństwo do nazwiska?

Nie. Po prostu w latach 70. każdy chciał mieć punkowo brzmiący pseudonim. Akurat taki przyszedł mi do głowy.

W tym czasie bardzo często zmieniał pan zespoły. Z czego to wynikało? Jest pan trudny we współpracy?

Kiedy byłem młody, nie bardzo interesowałem się produkcją nagrań. Po prostu chciałem grać na instrumentach. Im stawałem się starszy i na stałe wstąpiłem do Depeche Mode, zacząłem angażować się w to, jak można manipulować dźwiękiem i tworzyć różne atmosfery w studiu. Stało się to dla mnie równie ekscytujące co sama gra.

Sam pan przyznaje, że jest perfekcjonistą w studiu. Czy to znaczy, że często używa pan słów tak charakterystycznych dla reżyserów filmowych: bardzo dobrze, spróbujmy jeszcze raz?

Staram się nikogo nie reżyserować. Przekonuję tylko do nagrania kilku różnych wersji utworu. Myślę, że to pozwala dać z siebie o wiele więcej. Potem wolę zostać sam i poskładać nagrane rzeczy w finalną całość – bez presji wykonawców. Wtedy właśnie mam czas, żeby dać upust swojej perfekcji i bawić się detalami. Czasami to może zwrócić się przeciwko mnie, ale z drugiej strony zmusza do nieustannego doskonalenia.

Których z producentów pan podziwia?

Jedną z moich ulubionych produkcji jest „Berlin” Lou Reeda, za którą stoi legendarny Bob Ezrin. Fantastycznie są na niej nagłośnione i zaaranżowane instrumenty. Myślę, że w swoim czasie genialny był również George Martin, któremu The Beatles w dużej części zawdzięczają swój sukces. Szczególnie albumy „Sgt. Pepper”, „The White Album” i „Abbey Road” są producencką perełką. Brian Eno to kolejny znakomity producent.

Co albo kto przykuwa pana uwagę obecnie w muzyce?

Dawno nie zainteresował mnie poważnie żaden nowy zespół, może poza projektem Architect Niemca Daniela Meiera (będzie supportował Wildera w Łodzi – przyp. red.). Jeśli chodzi o sprzęt, to raczej nie należę do poszukiwaczy nowości. Nie znoszę przechodzenia przez etap nauki obsługi nowego sprzętu. Wolę pozostać przy sprawdzonych maszynach. Staram się, by w moim studiu królowała prostota.

W jednym z wywiadów zdradził pan, że przekonał Martina Gore’a do tego, by z ballady, jaką na początku było „Enjoy the Silence”, zrobić szybszą piosenkę. Jakie inne przeboje DM w finalnej wersji najbardziej różniły się od pierwotnych?

„Enjoy the Silence” to najbardziej ekstremalny przykład, ale myślę, że po pierwotnych wersjach wielu, nawet tych najzagorzalszych fanów, miało by problemy z rozpoznaniem, m.in. „In Your Room”, „Rush”, „Clean”, „World in my Eyes”, „Walking in my shoes”.

Czy jakiś fragment z wizyty w Polsce pamięta pan szczególnie? Pamiętam pierwszy pobyt i nie najlepszy hotel w Warszawie, w którym spaliśmy. Występowała tam jakaś kiepska kapela. Po tym, jak odwiedziliśmy bar z nielegalnie podawaną whisky, wspomnienia się urywają...