To będzie prawdziwie gwiazdorska inauguracja festiwalu. 4 lipca na Torwarze wystąpi Wynton Marsalis, który od ćwierć wieku należy do największych gwiazd współczesnego jazzu. Z równym powodzeniem co jazz w asyście najlepszych orkiestr symfonicznych wykonuje kompozycje Mozarta i mistrzów baroku.

Zaczynał, mając za swych mistrzów Freddiego Hubbarda i Milesa Davisa. Nie skończył jeszcze 20 lat, gdy zyskał angaż do Jazz Messengers, legendarnego zespołu Arta Blakeya, ojca bopowej perkusji. Na przełomie lat 80. i 90. stał się królem pośród "młodych lwów", jak okrzyknięto młodych czarnoskórych perfekcjonistów wskrzeszających smak tradycji.

Wystąpił z wyrazistą, neoklasyczną wizją jazzu. Kanon wiodący od nowoorleańskich korzeni Louisa Armstrona poprzez kompozytorski rozmach Ellingtona, aż po brzmienie bopu uznał Marsalis za kwintesencję, która określiła ideał jazzu. W imię czystości gatunku odciął się od awangardy lat 60., fuzji jazzu z funkiem, rockiem i popem. Przyniosło to ostrą reakcję ze strony wielu krytyków i fanów nowoczesnego grania. Dla jednych Wynton okazał się geniuszem jazzu, inni szydzą, że poza elegancką wirtuozerią, która zawraca w głowach yuppies, niewiele w nim kreatywności. Marsalisowi udało się jednak wykroczyć poza te spory, swą popularność wykorzystuje jako społecznik. Pokazuje, że jazzowa tradycja to również jeden z fundamentów demokratycznej Ameryki.

W ostatnich czasach z tej właśnie pozycji staje się krytykiem zarówno amerykańskiej polityki, jak i konsumeryzmu. Taki materiał osiągający temperaturę protestsongów wypełnił jego tegoroczną płytę "From The Plantation To The Penitentiary". Czyżby Wynton szykuje dla siebie rolę proroka? Prawdy o trębaczu najlepiej poszukać na własną rękę podczas koncertowej konfrontacji. W Warszawie towarzyszyć mu będzie big-bandowy skład Lincoln Center Orchestra.

Zwolennicy mniej konserwatywnego podejścia do jazzu powinni wybrać się na koncert Medeski, Martin, Wood (11.07, Torwar). Wirtuozerię potrafią łączyć z żywiołowością i nawet podczas popisowych improwizacji nie tracą gorącego groove’u. Sprzyja w tym ich stylistyka będącą nowoczesnym rozwinięciem soul jazzu lat 60. To właśnie dzięki wyśmienicie podchwyconej hipnotycznej pulsacji funky i r&b wywodzące się z nowojorskiego undergroundu trio podbiło również mainstreamową publiczność.

Po latach eksperymentów z udziałem hiphopowych producentów, didżejów i nowojorskiej awangardy, swój najnowszy album zespół nagrał z pomocą pierwszej gwiazdy współczesnej jazzowej gitary Johnem Scofieldem, który wystąpi z grupą również w Polsce. Na płycie "Out Louder" serwują na przemian ogniste i kołyszące improwizacje, nawiązują do fusion Davisa oraz proponują wariacje wokół tematu "Julii" The Beatles i reggae’owego hymnu "Legalize It" Petera Tosha. Takiej właśnie temperatury wypada spodziewać się po koncercie kwartetu.

Występ Billa Laswella & Material (11.07, Torwar) to z kolei propozycja dla tych, którzy cenią funkującą stronę jazzu. W latach 80. lider zdobył sławę mistrza nowojorskiej postmoderny. Grywał w ekstremalnych heavyjazzowych formacjach Painkiller i Last Exit, pośredniczył we flirtach jazzu z hip-hopem i dubem. Kolejna dekada ukazał go w roli giganta muzycznej produkcji, który z tą samą swadą miksował muzykę kubańską i celtycką, co klasyki Milesa Davisa. Ostatnio ciszej o Billu, ale Material, nazwa jego pierwszej grupy założonej u schyłku lat 70., znów budzi wielkie emocje. Bo przecież to jedni z klasyków nowojorskiego avant funky, a z tej estetyki czerpią dziś najgorętsze młode gwiazdy, na czele z !!! i LCD Soundsystem.

Materiał, który usłyszymy w Warszawie, to już jednak inna grupa, bogatsza o blisko 30 lat doświadczeń i złożona z samych asów. Na instrumentach klawiszowych zagra Bernie Worell, znany z formacji Parliment i Funkadelic, jeden z filarów sceny P-Funk, najbardziej rewolucyjnej w czarnej muzyce lat 70. Perkusista Hamid Drake, klasyk ze sceny Chicago to dziś najlepszy jazzowy bębniarz dysponujący potężnym brzmieniem i erudycją. Na instrumentach perkusyjnych towarzyszyć mu będzie pochodzący z Senegalu weteran nowojorskiej sceny Aiyb Dieng. A skład zwieńczy zaskakujący w tym gronie Nils Petter Molvaer, norweski trębacz. Całość spuentuje niepowtarzalne dudnienie basu Laswella. Można oczekiwać barwnej podróży w transowym zapamiętaniu zacierającej granice miedzy jazzem, funkiem i etno.
Dziś żaden wielki jazzowy festiwal nie może obejść się bez śpiewających dziewczyn, takie czasy. Natalie Cole (16.07, Torwar) - córka jednego z najsławniejszych, romantycznych śpiewaków jazzu Nat King Cole’a - była skazana na muzyczną karierę. Sławę przyniósł jej zresztą duet z ojcem w piosence „Unforgettable”. Sława była dość złowroga, gdyż Natalie dośpiewała swą partię do nagrania z głosem nieżyjącego już Nat Kinga, co niektórzy uznali za akt artystycznej nekrofilii. W 1991 roku nagranie to znalazło się na bestsellerowym albumie (pięć milionów sprzedanych egzemplarzy!) o tym samym tytule z hitami ojca wykonywany przez córkę. Choć Cole zaczynała w połowie lat 70. od stylowego r&b, nie przestała trzymać ręki na pulsie. Wdała się we flirty z hip-hopem i nie lękała się związków tak z jazzem, jak i muzyką pop. Jej ostatni album "Leavin" (2006) przyniósł interpretacje piosenek m.in. Neila Younga, Stinga i Kate Bush. To właśnie jako wytrawna interpretatorka przebojów dla dorosłych sprawdza się dziś Cole najlepiej.

Kulminacją festiwalu i jazzowym wydarzeniem roku będzie występ Ornette’a Colemana (18.07, Teatr Roma). 77-letni saksofonista to ostatni z żyjących założycieli nowoczesnego jazzu. Jego nazwisko wymienia się jednym tchem obok Charliego Parkera, Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. Po raz pierwszy zaszokował świat jazzu u schyłku lat 50., gdy pojawił się w Nowym Jorku z białym plastikowym saksofonem. Przedstawił rewolucyjne podejście do improwizacji. Odrzucił sztywne reguły systemu harmonicznego na rzecz poszukiwań w oparciu o brzmienie i melodię. Kojarzony jest jako ojciec płomiennego free jazzu lat 60., ale nie mniej wpływowe były jego grupy z lat 70. angażujące rytmy funky i brzmienia rocka. To od nich zaczął się punk jazz.

W kolejnej dekadzie flirtował z hip-hopem, ale w ostatnich latach powrócił do źródeł. Jego najnowszy koncertowy album "Sound Grammar" przynosi improwizacje mocno zakorzenione w bluesie, śpiewne i radosne, ale niepozbawione pazura. Mistrz gra tam w składzie, jaki testował jeszcze u schyłku lat 60. - na saksofonie altowym, trąbce i skrzypcach w asyście sekcji rytmicznej złożonej z dwóch basów i perkusji. W takiej konfiguracji zagrają również w Warszawie. Warto zwrócić uwagę na perkusistę Denardo Colemana, syn Ornette’a pierwszą płytę nagrał z ojcem w wieku lat 10 (!). Od tamtej pory minęło 41 lat.