Wielka uczta z Red Hotami
Wczorajszym występem w Chorzowie Red Hot Chili Peppers potwierdzili markę jednej z najlepszych koncertowych grup świata. Ponad 60 tys. widzów bawiło się podczas pierwszego polskiego występu Kalifornijczyków. Większą publiczność mogłaby ściągnąć chyba Madonna. A do tego - wbrew kasandrycznym przepowiedniom synoptyków - pogoda była naprawdę znakomita.
Pogoda
POLSKA
Poniedziałek 2012-05-21

temp. min 6°C max. 30°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Nie ukrywajmy jednak - polscy fani mogli mieć więcej szczęścia do supportów. Zamiast Dinosaur Jr, którzy w ubiegłym tygodniu rozgrzewali publiczność przed występami RHCP w Monachium (29.06) i Hamburgu (1.07), czy grupy My Chemical Romance występującej przed Kalifornijczykami w Dreźnie, dziś musieliśmy zadowolić się koncertami wykonawców praktycznie nieznanych w naszym kraju.
Rozpoczął Mickey Avalon, okrzyknięty przez amerykańskich krytyków undergroundowym Eminemem. Z powodu narkotykowego uzależnienia rodziców wychowywany był przez ocalałych z obozu zagłady w Oświęcimiu dziadków i otwarcie opowiada o ich cudownym ocaleniu. Młody gwiazdor o wyglądzie brata Jima Morrisona i Christiana Slatera zaserwował chorzowskiej publiczności wiązankę melodyjnych hitów ze swojej debiutanckiej płyty ("Mickey Avalon" 2006). Jednak Yeshe Perl (tak brzmi jego prawdziwe imię i nazwisko) okazał się wczoraj na scenie zdecydowanie mniejszym chojrakiem niż w salonie tatuażu (o czym świadczyły efektowne "dziary" na brzuchu).
Po nim scenę we władanie objął dowodzony przez braci Chrisa i Nika Cesterów australijski kwartet Jet, kultywujący pyszną tradycję rocka lat 70. Ze sceny popłynęły m.in. "Put Your Money Where Your Mouth Is", "Are You Gonna Be My Girl?" z ubiegłorocznego albumu "Shine On" oraz wielki hit z debiutanckiej płyty "Get Born" (2003), "Cold Hard Bitch". Za mikrofonem Nic o aparycji Leo DiCaprio dwoił się i troił, ale publiczność była nieprzejednana i nagradzała artystów raczej niemrawymi oklaskami. Bo choć i Mickey Avalon, i Jet robili, co mogli, 60 tys. ludzi zgromadzonych na Stadionie Śląskim miało w głowie i na ustach tylko cztery słowa: "Red Hot Chili Peppers".
Kiedis i S-ka, którzy mają zwyczaj rozpoczynać koncerty ze sporym opóźnieniem, tym razem nie kazali na siebie czekać i - wyjątkowo - weszli na scenie równo o 20.34. Występ rozpoczął się klasycznie: od psychodelicznego, instrumentalnego intro. Na chorzowskiej scenie żywiołowy Flea, nieco wycofany Frusciante i siedzący za perkusją Chad Smith zachowywali się, jakby grali nie jeden z największych koncertów tegorocznego tournee, ale improwizowali w domu, dla przyjemności. Zupełnie jakby nie mieli własnej gwiazdy w hollywoodzkiej Alei Sław, sześciu statuetek Grammy i przez 77 tygodni nie utrzymywali się na czele listy przebojów amerykańskiego tygodnika "Billboard". Ale już po chwili, dosłownie w mgnieniu oka, przeistoczyli się w funkujący wulkan energii, ze sceny poleciały "Can’t Stop" i "Dani California", a gigantyczny, ustawiony w tle ekran migotał tysiącem barw. Doskonałe nagłośnienie - w naszym kraju rzecz nie taka znowu częsta (przypomnijmy fatalną wpadkę w trakcie warszawskiego koncertu Stinga przed dwoma laty) - uczyniło z chorzowskiego występu prawdziwą muzyczną ucztę.
Niczym nieskrępowana wolność jest ideą wciąż obowiązującą w zespole. Na pohybel krytykantom i defetystom muzycy podczas tegorocznej trasy grają repertuar zgoła odmienny niż w ubiegłym roku. W Chorzowie, podobnie jak wcześniej w hiszpańskim Bilbao, holenderskim Nijmegen, serbskich Belgradzie i Indiji, włoskim Udine i w Niemczech, przez bite dwie godziny muzycy woleli przemilczeć wszystko to, co działo się przed wydaniem płyty "Blood Sugar Sex Magic" (1991). Trudno się zresztą dziwić takiej polityce repertuarowej, wszak z 53 mln płyt, jakie grupa w swojej karierze sprzedała na świecie, grubo ponad połowę stanowi nakład krążków nagranych w ostatnich siedmiu latach: "Californication" (1999), "By the Way" (2002) i promowany właśnie "Stadium Arcadium" (2006). Punkowe korzenie i hardcore’owe fascynacje odgrywają w obecnym wizerunku zespołu rolę nie większą niż gwiazdorskie fanaberie, których - poza wiadrami z yerba mate dla Kiedisa - właściwie nie mają.
W Chorzowie muzycy Red Hot Chili Peppers nie łasili się do publiczności, ale zarazem sprawowali nad nią pełną kontrolę. W ciągu dwóch godzin RHCP na Stadionie Śląskim zaprezentowali największe przeboje ze swoich ostatnich płyt, na czele ze "Snow (Hey Oh)" i "By the Way" w finale części zasadniczej. Na bis zespół zaserwował słuchaczom jeszcze "Give It Away", "C’mon Girl", a na dobranoc przydługi muzyczny jam czterogłowej scenicznej bestii, która - mimo przeszło 20-letniego stażu - wciąż jest w olimpijskiej formie.
Do wczoraj polscy fani mieli dwa koncertowe marzenia: Red Hot Chili Peppers i Madonna. "Hoci" już za nami, teraz czas na królową popu. Jak głoszą plotki, ta przyjemność kosztuje dwa miliony dolarów. Taką gażę w naszym kraju może udźwignąć tylko telekomunikacyjny sponsor. Madonna jest twarzą sieci telefonii komórkowej Vodafone. Niewykluczone więc, że pretekstem dla pierwszego występu gwiazdy w Polsce będzie wprowadzenie marki na rynek. Rebranding Plusa jest zapowiadany na jesień.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!