Na przełomie lat 60. i 70. zeszłego wieku był artystycznym opiekunem Nancy Sinatry - z tego okresu pochodzą jej dwa wielkie przeboje: "(These) Boots (Are Made for Walkin’)" i "Some Velvet Morning". W nowych wersjach ukazały się na wydanej w ubiegłym roku płycie "Cake or Death". Mimo ciężkiej choroby Hazlewood zgodził się udzielić pierwszego w historii wywiadu polskiemu dziennikarzowi. Jak się wkrótce miało okazać, ostatniego...

FILIP ŁOBODZIŃSKI (Newsweek): Tytuł płyty "Cake or Death" (ciasteczko albo śmierć) przypomina nieco dziecięcy szantaż w Halloween "trick or treat" (psota albo pyszota). Na czym polega wybór między ciasteczkiem a śmiercią?

LEE HAZLEWOOD: Akurat to wziąłem od brytyjskiego komika Eddieego Izzarda. On ma taki numer, gdzie opowiada o inkwizycji. Ponieważ Anglicy to niezwykle uprzejmi ludzie, brytyjska inkwizycja wydawałaby wyroki, pytając po kolei podsądnych: "Ciasteczko czy śmierć?" "Ciasteczko, proszę" - odpowiada jeden więzień. "A ty?". "Ciasteczko". "A ty". "Śmierć". "Naprawdę?". "Nie, przepraszam, przejęzyczyłem się, oczywiście, wolę ciasteczko". "Dobra, dla ciebie też ciasteczko". Uwielbiam ten typ brytyjskiego humoru. Widziałem ten skecz w telewizji i mało nie pękłem ze śmiechu. Kiedy spytałem go, czy mogę tego użyć w tytule płyty, zgodził się bez wahania.

Powracasz w tym albumie do kilku swoich dawnych piosenek, chociażby "Boots" albo "Some Velvet Morning". Taki powrót to czasem okazja do odnalezienia nowych treści albo dźwięków w czymś, co się niby doskonale znało.

Nie dopatruję się w nich niczego szczególnego, nie przeszkadzają mi. Często pojawiają się w różnych filmach, co jest całkiem miłe. To nie są byłe narzeczone ani dawni przyjaciele, których odkrywam na nowo po latach. To przecież tylko piosenki. Zaśpiewałem, co myślę, możesz to nazwać aż opinią, ale to tylko skromny głos umierającego. Pamiętaj, że rozmawiasz z człowiekiem ciężko chorym na raka, właściwie przykutym do łóżka. Prawdopodobnie jest to moja ostatnia płyta w życiu.

Jesteś złożony chorobą, ale z tej płyty płynie wielka siła i pewność siebie.

Pracując nad nią, fruwałem pomiędzy Sztokholmem, Paryżem, Berlinem, Nashville i Los Angeles. Wtedy miałem dwa dni dobre na jeden zły, teraz jest na odwrót.

Twoja kariera trwa już pół wieku. Czy po tych latach są rzeczy, których jesteś bardziej pewien? Znalazłeś jakieś odpowiedzi?

Jedyna rzecz, jakiej jestem dziś pewien, to że umrę - to moja pierwsza poważniejsza choroba w życiu. Nigdy nie przejmowałem się stanem zdrowia, bo jakoś mi nie nawalało, ale teraz wiem, że wyrok jest nieuchronny i pewnie bliski. Poza tym żyłem, jak żyłem, nic wielkiego.

Co w młodości popchnęło cię w stronę muzyki? Jakaś konkretna piosenka, jakiś koncert? Skąd pomysł na taką właśnie karierę?

Skoro nazywasz to karierą… Moje życie zawodowe polegało zawsze na pracy przez rok i próżnowaniu przez dwa-trzy lata. Czy ja wiem, "kariera"… Zawsze chciałem pracować w przemyśle muzycznym. W młodości otoczony byłem tylko muzyką country. Ja jednak wolałem słuchać bluesa i jazzu, szczególnie orkiestry Stana Kentona. Z czasem country również weszło mi w ucho. Nigdy nie miałem zamiaru grać tej muzyki, chociaż wiem, że niektórzy odbierają mnie jako artystę countrowego. Umyślnie grać w stylu country zacząłem dużo, dużo później.

Zatem, podobnie jak w całym rock’n’rollu, zmieszały się w tobie pierwiastki biały z czarnym…

Podejrzewam, że wchłonąłem też jakieś elementy muzyki indiańskiej. Moja muzyka z pewnością jest bardzo nieskomplikowana, nie zastanawiam się, w jakim stylu gram i śpiewam. Przez całe życie słuchałem wielkich bluesmanów i wiem, że to nie jest skomplikowana muzyka, ale piekielnie trudna do zagrania… Paradoks, co? W trzyakordowej strukturze można strzelić bąka albo zagrać coś na anielskim poziomie. Wprawdzie gatunek ten wyrasta z cierpienia i ze smutku, to słuchanie dobrego bluesa przyprawia mnie o dreszcz ekscytacji.

Bywasz nazywany postacią kultową, kimś, kto nie jest gwiazdą pierwszej wielkości, ale dla koneserów jest stokroć ważniejszy niż ci z pierwszej linii.

Ha, ha, ha! To przesada. Wprawdzie żyję już jakiś czas, ale kultowy status mam co najwyżej w rodzinie. Doczekałem się już prawnuków i dla nich pewnie jestem kultowym dziadkiem. W Europie w latach 90. ludzie byli tak mili, że zaczęli odkrywać jakieś moje dawne płyty, nagrywane wyłącznie dla własnej frajdy. Pewnie stąd wzięło się to, co nazywasz kultem. Ja byłbym ostrożny.

W piosence "T.O.M. (The Old Man)", która zamyka płytę "Cake or Death", zastanawiasz się, "czy w tym kraju zwanym Wiecznością będą piosenki do zaśpiewania". Czy są jakieś piosenki, które faktycznie chciałbyś tam zaśpiewać?

To piosenka o każdym starym człowieku. Niekoniecznie o mnie, chociaż tak się składa, że jestem stary. Miałem akurat w życiu to szczęście, że w moim otoczeniu - i przed laty, i dziś - większość to młodzi. A co sam chciałbym tam móc zaśpiewać? Pewnie "Boots" albo "Some Velvet Morning"… Może "My Autumn’s Done Come" (Przyszła moja jesień) - moją starą piosenkę, którą ostatnio odkrywają i nagrywają różni artyści. Ba, nawet wykorzystują ją w reklamach drogich samochodów. Napisałem ją w wieku 28 lat, a brzmi, jakbym napisał ją teraz… Pewnie będzie Tam pasować.