Starym wyjadaczom z Kombii czy Lady Pank zapewne zrzedły miny. Nienosząca majtek kiczowata wokalistka zespołu Virgin pokazała, że można nagrać niezły popowy album. Tak, "Diamond Bitch" to tandeta, ale jak luksusowo błyszcząca. Solowa propozycja Dody jest wyczyszczoną, do perfekcji dopracowaną popeliną, która w połowie udaje rock, a w połowie nu metal. Cóż, że ta bardzo głośna podróba skutecznie odstrasza wyrobionych odbiorców? Nie do nich jest adresowana - fani Dody okrzyczeli album złotym, zanim jeszcze go wydano.

Po rozstaniu z mężem i kłótni z liderem Virgin wokalistka obiecała swym wrogom zemstę. Zatrudniła szwedzkich kompozytorów i producentów - to oni stoją za jakością nagrań mogących stanąć w szranki z najlepszymi eurowizyjnymi produkcjami. A najeżone orientalną frazeologią miłosną, mnóstwem błędów stylistycznych i chybionych metafor ("moje serce na wskroś") teksty mają jedną zaletę: wyrażają autentyczną pasję poranionej seks bomby, która kocha słodkie życie i krwawe porachunki z facetami. Dynamiczne kompozycje z pikantnymi riffami i mocny głos Dody dopełniają całości. To nakręcona z premedytacją ckliwa pseudorockowa soapopera o jej życiu z Radkiem Majdanem w roli głównej. Miłosny musical sezonu w wersji rockowej.


Doda
"Diamond Bitch", Universal 2007