Pierwsza dekada XXI wieku upłynęła Ozzy’emu na rozmaitych rozrywkach. A to ze swoją równie pokręconą co on rodziną gwiazdorzył w reality show „The Osbournes”, a to autobiografię napisał, rozliczając się z wszelakich grzechów młodości, a to wreszcie wymyślił, że chciałby, aby w jego filmowej biografii główną rolę zagrał Johnny Depp.

Co chwila wpadał w samozachwyt, m.in. zastanawiając się, jak jego organizm zniósł wieloletnie faszerowanie używkami, i w związku z tym zadeklarował, że po śmierci naukowcy mogą zbadać jego kod genetyczny. Sporo czasu spędził wreszcie Osbourne na procesowaniu się z Tonym Iommim o prawo do używania nazwy Black Sabbath, choć po niedawnej śmierci Ronniego Jamesa Dio Ozzy stwierdził nawet, że jest gotów zakopać topór wojenny i znów występować u boku kolegów z legendarnego zespołu.

Tylko muzyka jakoś pozostawała w cieniu, jakby sam fakt bycia Osbourne’em wystarczał do uwielbienia fanów. Niby koncertował, firmował cały czas objazdowy festiwal Ozzfest, ale dwa albumy, które wydał w ciągu ostatnich 15 lat (!) – „Down to Earth” oraz „Black Rain” – raczej nie były powalające, choć w ich nagrywaniu uczestniczyli m.in. gitarzysta Zakk Wylde, obecny basista Metalliki Robert Trujillo oraz perkusista Faith No More Mike Bordin.

Osbourne nikomu co prawda niczego udowadniać już nie musi, i chociaż kilka razy odgrażał się, że w końcu czas na muzyczną emeryturę, ostatecznie z tego pomysłu zrezygnował. I całe szczęście, bo „Scream” to dowód, że w żyłach dziadka Ozzy’ego wciąż krąży płynny metal. Przed nagraniem albumu Osbourne zabrał się zresztą za generalne porządki. Wymienił niemal cały skład swojego zespołu (jedynie basista Blasko uczestniczył w nagraniu poprzedniego krążka „Black Rain”), po 23 latach współpracy zwalniając nawet Wylde’a i zastępując go greckim gitarzystą grupy Firewind Gusem G.


„Wszystko, czego pragnę, to krew” śpiewa Osbourne w singlowym hicie „Let Me Hear You Scream” i widać tej świeżej krwi naprawdę mu trzeba było. Wątpliwości, które mogły budzić personalne roszady w jego zespole, wyszły mu szczęśliwie na dobre i tchnęły w jego podstarzałe i nadwyrężone narkotykami i gorzałą ciało nowe siły. Ledwo co Ozzy popisał się na solowym debiucie Slasha (śpiewany przez niego kawałek „Crucify the Dead” należał do najlepszych na krążku eks-gitarzysty Guns N’Roses), a już pokazuje, że wciąż nie zapomniał, jak pisze się porządne hardrockowe numery.

Otwierający album „Let It Die” w atmosferę wprowadza idealnie, łącząc frapującą linię basu z potężnymi gitarowymi riffami i metalową energią. A zaraz potem „Let Me Hear You Scream” – wręcz bezczelnie przebojowy, balansujący na granicy rockowego kiczu, ale od łatwo wpadającego w ucho refrenu trudno się uwolnić.

Kolejny utwór „Soul Sucker” mógłby zaś równie dobrze znaleźć się w repertuarze Black Sabbath. Swoje dokładają też muzycy Ozzy’ego: Blasko i perkusista Tommy Clufetos tworzą idealnie spasowaną sekcję rytmiczną jeszcze z czasów, gdy razem grali u Roba Zombiego, a Gus G. – choć do gitarowej wirtuozerii Zakka Wylde’a mu jeszcze trochę brakuje – do ekipy Księcia Ciemności dopasował się idealnie.

Nie brakuje tutaj co prawda wpadek, jak niemal nieznośny, patetyczny „Time” (na szczęście nabierający pod koniec tempa), ale dobrej oceny tego albumu nie są one w stanie zmienić. Bo Ozzy Osbourne udowodnił, w czym jest najlepszy. „Scream” jest zadziorny, zagrany z pasją, niekłamaną radością z tworzenia muzyki. „Musimy trzymać się razem. (...) Przez wszystkie lata byliście przy mnie”, śpiewa Ozzy w dedykowanym fanom, zamykającym płytę „I Love You All”. Pewnie, w końcu zawsze było warto.