„Olympia” byłaby warta uwagi, nawet gdyby okazała się kiepską płytą. Przy jej nagrywaniu spotkali się bowiem – po raz pierwszy od 1973 roku – wszyscy członkowie Roxy Music, włączając w to Briana Eno. Wydarzenie samo w sobie godne odnotowania, bo głębokie nieporozumienia artystyczne między dwoma założycielami tej ważnej na brytyjskiej scenie muzycznej artrockowej grupy, były owiane tajemnicą. Równie ekscytująco wygląda eklektyczna lista gości, którzy uświetnili album swoją obecnością: David Gilmour, Jonny Greenwood z Radiohead, Flea z Red Hot Chilli Peppers, Scissors Sisters i Nile Rodgers, producent odpowiedzialny choćby za płytę „Let’s Dance” – największy sukces komercyjny Davida Bowie.

Sam Ferry, którego uwodzicielski głos nie stracił nic ze swego czaru, nie rozpieszczał nas ostatnimi laty. Od czasu wydania w 2002 roku przeciętnego krążka „Frantic” nagrał tylko muzyczny hołd dla Boba Dylana „Dylanesque” (2007), zawierający średnio porywające reinterpretacje hitów barda. W przeciwieństwie do świetnej płyty z coverami ponadczasowych hitów „As Time Goes Bye” (1999), na której wokal Ferry’ego ożywił nawet najbardziej zgrane standardy.


Na szczęście „Olympia” spełnia pokładane w niej muzyczne oczekiwania i nie jest tylko marketingowym zabiegiem.

To mocna, stylistycznie spójna i lirycznie inspirująca pozycja. Choć nie wytycza nowych kierunków w jego karierze, ani nie ma w sobie intensywności pierwszych płyt Roxy Music, pozwala przypomnieć sobie, za co lubimy wokalistę. A lubimy za elegancką stylizację godną agenta 007, umiłowanie dekadenckich klimatów, jak najdalsze od ordynarnego emo i taneczny potencjał smutnych utworów. „Olympia” ma to wszystko. W pamięci zostaje zwłaszcza napisany wspólnie ze Scissors Sisters kawałek „Heartache by Numbers”, który biegli w biografii artysty fani natychmiast odczytali jako kolejne rozliczenie z nieszczęśliwą miłością do modelki Jerry Hall, która porzuciła Ferry’ego dla Micka Jaggera. Abstrahując od plotkarskiego kontekstu, to znakomity numer, z oryginalnym refrenem i wyznaniem „I can’t stop from thinking, that love makes no sense” („Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że miłość nie ma sensu”).

Słabo wypada za to singlowy „You Can Dance” będący pozostałością z nigdy niewydanej płyty z 1996 r. – chyba nie było warto go odgrzebywać. Tak samo nie warto było porywać się na klasyk Tima Buckeya „Song to the Siren”, bo interpretacji z „This Mortal Coil” i tak nie da się przeskoczyć. Za to cover „No Face, No Name, No Number” z repertuaru Traffic wyszedł już o niebo lepiej.


Najlepsze są te utwory, w których Ferry pozwala, by pobrzmiewające w jego wokalu zmęczenie i rezygnacja nabrały głębszych znaczeń. „Me Oh My” czy „Reason or Rhyme” mają w sobie mroczny urok mizantropii, zaś głos Ferry’ego, kiedy drży i słabnie, wzrusza jeszcze mocniej. Zamykające album „Tender Is The Night” to bodaj najlepszy napisany przez Ferry’ego kawałek od co najmniej dwóch dekad. To klasyczny w jego dorobku pełen goryczy i zwątpienia song, lirycznie odnoszący się zarówno do słynnej powieści Scotta Fitzgeralda, jak i Keatsowskiego romantycznego wiersza. Emocjonalnego wykonania nie powstydziłby się nawet Antony Hegarty.

W dekadencki klimat całości wpisuje się nawet okładka, na której widnieje wystylizowana zgodnie z glamourowym gustem Ferry’ego Kate Moss. Zdaniem muzyka jest ona współczesną emanacją Olimpii, paryskiej kurtyzany, znanej z obrazu Edouarda Maneta. Za ten rodzaj dowcipu też lubimy pana Ferry’ego.

BRYAN FERRY | Olympia | EMI Music Poland •