Dlaczego nową płytę nagrałeś, używając tylko głosu?

L.U.C: Od kilku lat na koncertach razem z bitbokserem Zgasem zdarza nam się imitować bity i skrecze. Jak podkręci się mikrofony, to na żywo jest siła i moc. Jednak trzeba być super zdolnym jak Bobby McFerrin, żeby nagrać w ten sposób cały album. Wymyśliłem więc sobie patent producencki, że będę przetwarzał swój głos przez różne urządzenia i z tych dźwięków budował utwory. Raz brzmi on jak elektryczna gitara, raz jak kontrabas czy perkusja. Eksperymentuję, to chyba będzie najlepsze określenie na to, co teraz robię.

Co cię ogranicza?

Głównie finanse i sprawy zdrowotne, dlatego rapuję: "Mózg jak ferrari, lecz ciało jak atari". Non stop mam jakieś problemy, czeka mnie kilka poważnych operacji, ale na razie biorę leki. Mam tabletki na wszystko. Jak Afrykanka dźwigam na głowie sporo. W tym roku doprowadziłem organizm do ekstremalnego przemęczenia, miewam dziwne fazy lękowe i problemy ze snem. Ale co mogę zrobić, skoro pojawiło się dla mnie tak wiele możliwości działania? Przestałem nawet grać na komputerze i ćwiczyć. A jak pojechałem w styczniu na urlop, to zamiast odpoczywać, skończyłem jedną płytę, której wydanie na razie odłożyłem na później i zabrałem się za tę.

Jesteś raperem, kompozytorem, producentem, reżyserem, prawnikiem. O czymś zapomniałem?

Pracowałem kiedyś jako operator kuchenek gazowych, wymieniałem dysze w bojlerach.

Pracujesz 24 godziny na dobę?

Jasne, nawet sny bywają dla mnie inspiracją do tekstów albo klipów. Jestem cały czas w amoku pracy, bo poczułem wreszcie przestrzeń do tworzenia. W tym roku zrobiłem dwie płyty, kilka teledysków, projekt historyczny "Pamiętam. Katyń 1940", zabraliśmy się za film na podstawie mojego albumu "39/89 – Zrozumieć Polskę", a do tego cały czas gram koncerty z "Planet L.U.C".


Nie przesadzasz z graniem na emocjach słuchaczy? Myślę o twoim projekcie "Pamiętam. Katyń 1940", który był pokazywany w Teatrze Wielkim Operze Narodowej w kwietniu.

Całe społeczeństwo poczuło niesmak ochuchane poranno-kapciowym wydechem mediów, które przemieliły tragedię jak krowa ściółkę. Propozycję dostałem na początku roku od Narodowego Centrum Kultury, które doceniło "39/89 – Zrozumieć Polskę". Katyń to trudny temat i niesamowite wyzwanie – pomyślałem. Film Wajdy na pewno go nie wyczerpał – zresztą mnie osobiście on nie zadowolił. Chciałem pogrzebać w kronikach, bo interesuję się historią, a przy okazji współpracować z Platige Image, który wizualnie robi rzeczy na najwyższym poziomie. Ale 10 kwietnia wiele zmienił. Katyń stał się tematem numer jeden wszędzie – pojawiły się też sugestie, żebyśmy nawiązali do tragedii w Smoleńsku. Ktoś zaproponował mi nawet, żebym był jurorem w konkursie na rap o Katyniu. Odrzuciłem wszystkie te propozycje. Ograniczyliśmy się do kilku małych pokazów dla rodzin katyńskich i przesunęliśmy premierę DVD, żeby nie grać na emocjach. "Jeśli wypłynę, to nie na tanim hałasie, jedynie na pontonie lub na dobrym basie".

Czujesz się jeszcze raperem, kiedy zabierasz się za takie projekty?

Tak, z tego się wywodzę i wciąż hip-hop to dla mnie ważny punkt odniesienia. Lubię kaptury, bluzy, bujają mnie rapowe kawałki i czuć to w moich rymach. Ale nie staram się jakoś nazywać tego, co robię – jestem "eluce", czyli w luce między gatunkami. Nastąpiła u mnie nawet ostatnio taka schizofrenia i musiałem rozbić działalność na dwie postacie. Używam swojego nazwiska Łukasz Rostkowski, kiedy jestem kompozytorem, wymyślam projekty historyczne, robię muzykę do filmów i teatrów, a pseudonimu L.U.C używam, kiedy jestem wokalistą, producentem, performerem.


Jesteś poetą czy publicystą?

Poetą czuje się o tyle, że dużo czasu poświęcam pisaniu, wymyślaniu konceptów i zawsze trzymam się trzech zasad. Po pierwsze teksty muszą być wielowarstwowe, by można było je odczytywać na wielu poziomach. Po drugie zbitki słów powinny być ciekawe i brzmieć niczym instrument. I po trzecie istotne jest sedno sprawy – dotknięcie tematu, przemyślenie go i na koniec spuentowanie. Ostatnio jednak przychylam się bardziej do określenia "publicysta". Obserwuję rzeczywistość, analizuję ją i szukam odpowiednich porównań, żeby ją opisać. Dlatego na "PyyKyCyKyTyPff" pojawia się utwór o polskich autostradach, którego właściwie nie ma – bo wyjdzie później – tak jak one. Rap to gatunek publicystyczny, lecz u nas jeszcze nie rozpatruje się go w takich kategoriach.

Jest w takim razie coś, na czym się nie znasz i czego nie potrafisz?

Tak, nie umiem jeszcze przesuwać przedmiotów bezdotykowo oraz imitować kichnięcia, pocierając piętami. I rysować. Kiedyś dziewczyna przyszła po koncercie i dała mi do podpisu płytę. Spojrzała na moją nieudolną parafkę, potem na mnie i odeszła rozczarowana. Od tego czasu szydzę z siebie, że tracę fana po daniu mu autografu.