Nawet Lady GaGa otwarcie powołuje się na Bowiego jako źródło inspiracji. Jej kolejne sceniczne wcielenia niezmiennie szokują, zaś mierne muzyczne dokonania irytują krytyków. "Patrzę na niego jak na ikonę sztuki. Tu nie chodzi tylko o muzykę, liczy się spektakl, wykonanie, image – wszystko" – tłumaczyła w jednym z wywiadów GaGa, będąca w jednym ze swoich wcieleń Czarną Wdową z Marsa. Podobieństwo do Ziggy’ego Stardusta i jego zespołu Spiders from Mars istotnie nieprzypadkowe.

Wynalazek scenicznej persony – kreacji będącej czymś więcej niż tylko pseudonimem, lecz kompleksową, zapasową osobowością artysty – to dzieło Bowiego. Może największe, choć na polu czysto muzycznych osiągnięć też miał sporo do powiedzenia. To przecież on przez całe dekady wyznaczał muzyczne trendy i przy okazji współtworzył kilka nowych gatunków muzycznych od glam rocka, przez nową falę po elektropop.

O androgynicznym kosmicie Ziggym, którego Bowie powołał do życia na początku lat 70., David Buckley w książce „Strange Fascination” (uznawanej za najlepszą biografię artysty) pisał jako o wydarzeniu przełomowym dla całej rockowej sceny muzycznej. "Bowie podważył podstawowe przekonania rocka”, a przy okazji „stworzył jeden z największych kultów w dziejach popkultury" – twierdzi Buckley.

Bowie w młodości fascynował się sztuką awangardową (uwielbiał Andy’ego Warhola) i teatrem. Ślad tych zainteresowań pozostał w jego twórczości, której częścią – oprócz komponowania, gry na wielu instrumentach i śpiewu – było wymyślanie i odgrywanie jungowskich person odzwierciedlających i uwypuklających tworzoną przezeń muzykę. Już pierwszy znany przebój jego autorstwa, "Space Oddity" (1969), napisany w czasach pierwszych lotów na Księżyc, a będący zapisem rozmowy między fikcyjnym Majorem Tomem a Naziemną Kontrolą Lotów, ujawnił upodobanie do teatralnych chwytów.


Kolejne wcielenia Bowiego, takie jak Ziggy Stardust – androgyniczna istota, która przybyła na ziemię z kosmosu i została gwiazdą rocka ("The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars" 1972), czy kokainowy, zafascynowany okultyzmem i faszyzmem Thin White Duke ("Young Americans" 1975 i "Station to Station" 1976), były nieodłączną częścią konceptualnych albumów artysty. Utożsamiał się z nimi do tego stopnia, że podczas konferencji prasowych i koncertów przemawiał jako kreowana przezeń właśnie persona. Cóż, Lady GaGa jest jeszcze mniej oryginalna, niż się na pierwszy rzut oka wydaje.

Na szczęście nie tylko GaGa należy do długiej linii naśladowców i kontynuatorów spuścizny Davida Bowiego. Wśród twórców przyznających się do inspiracji jego muzyką i stylem znajdują się tak różni wykonawcy jak: Marc Bolan, Mott The Hoople, New York Dolls, Lou Reed, Morrissey, Bauhaus, Joy Division, Madonna, Marilyn Manson, Suede, Pulp, Placebo, Blur, ostatnio także La Roux oraz Janelle Monae.

Z kolei Bowie w ostatnich latach wspierał artystycznie takie kojarzone z niezależną sceną muzyczna zespoły jak Arcade Fire, z którymi koncertował, czy TV on the Radio, u których na płycie wystąpił gościnnie w chórkach. O żywotności muzycznego dziedzictwa Bowiego świadczą też pojawiające się z coraz większą częstotliwością wydawnictwa, będące hołdem dla muzycznego guru – jak świeżo wydany "We were so turned on".