Nagrywając "History Of Modern", stałeś się trochę typem, z jakim walczyłeś, kiedy zaczynałeś karierę: starszym panem odcinającym kupony od przeszłości. Nie miałeś przed tym żadnych oporów?

Andy McCluskey: Nagranie nowej płyty było chyba największym wyzwaniem w karierze OMD. Co zrobić, żeby nie mówiono, że odcinamy kupony? W którą stronę pójść, żeby nie stać się starym muzycznym zgredem? Wraz z Paulem Humphreysem spojrzeliśmy wstecz, do czasu, kiedy zaczynaliśmy. Szybko doszliśmy do wniosku, że jedynym wyjściem jest nie udawanie kogoś innego, tylko pozostanie OMD.

Na początku lat 80. udało się nam określić swój styl i nie chcemy go zmieniać. Zmieniło się tylko to, że kiedyś byliśmy futurystami, a dzisiaj staliśmy się retro. Kiedy zaczynaliśmy, faktycznie chcieliśmy walczyć z muzycznymi kalkami, z całym zastygłym rock’n’rollowym światem. Chcieliśmy gitary zastąpić syntezatorami. Dzisiaj w muzyce nie da się już wymyślić nowego gatunku, nowego kierunku. Wszystko jest powielaniem tego, co już było. Naszym pomysłem na reaktywację było po prostu granie tego, co zaczęliśmy 30 lat temu.

Kiedy zaczynaliście, robiliście wszystko, żeby odciąć się od aktualnych trendów. Nazywanie zespołu Orchestral Manoeuvres In The Dark i śpiewanie o samolotach i rafineriach nie było chyba najlepszym sposobem na zostanie gwiazdą pop?

Ale my nie chcieliśmy zostać gwiazdami. Jak zaczynaliśmy, mieliśmy po 16 lat i traktowaliśmy muzykę wyłącznie jako hobby. Nawet nasi najbliżsi znajomi twierdzili, że robimy kompletny szajs. Szukaliśmy dla siebie dziwnej nazwy, żeby od popu się oderwać, nie być z nim kojarzonym. Kiedy sprzedaliśmy milion egzemplarzy naszego singla, najbardziej zaskoczeni tym faktem byliśmy my sami. To, o czym mówisz w pytaniu, wydawało się złym pomysłem, ale w rezultacie wypaliło.


Czyli moment, kiedy już zaczęliście być kojarzeni z popem, stał się waszym końcem?

Tak. Mniej więcej w połowie lat 80., po wydaniu czterech płyt zaczęło się psuć w zespole. Zabiło nas myślenie, że musimy pisać piosenki, żeby sprzedać płyty. Przestaliśmy się tym bawić. Kiedy w 2006 roku zdecydowaliśmy się na wspólną trasę, by przypomnieć na żywo płytę "Architecture And Morality", znowu poczuliśmy radość z początku kariery. Postanowiliśmy wrócić na dobre, bo nikt nam już nie mówi, co mamy robić, i nie mamy ciśnienia na pieniądze. Znowu robimy muzykę dla sztuki i przyjemności. Chociaż pewnie Andy McCluskey z 1980 roku powiedziałby mi teraz: co ty właściwie wyrabiasz, daj sobie spokój. To praca dla młodziaków, ty już nie masz nic do powiedzenia. Byłbym wtedy zaskoczony i w depresji, jeżeli wiedziałbym, że w wieku 50 lat będę jeszcze grał. Z drugiej strony myślę, że "History Of Modern" spodobałoby się młodemu Andy’emu, bo to po prostu dobra płyta.

Czym różniła się praca nad ostatnim materiałem w porównaniu z płytami z lat 80.?

Nad nową płytą chcieliśmy pracować inaczej. Wykorzystać najnowsze technologie. Paul mieszka w Londynie, ja w Liverpoolu więc w mailach przesyłaliśmy sobie materiał i pomysły, ale to wszystko wydłużało proces. Szybko okazało się, że siedząc we dwójkę w studiu, wszystko idzie szybciej. Więcej jest między nami chemii. Tak jak dawniej używaliśmy komputerów.

Nie mamy ciśnienia, jak wielu młodych wykonawców, używania prawdziwych, analogowych instrumentów. W efekcie sposób nagrywania nowego materiału niewiele się zmienił. Zresztą wiele piosenek z "History Of Modern" powstało dużo wcześniej. Nie mamy w zwyczaju wyrzucania dobrych pomysłów.


Bardzo sceptycznie odnosisz się do dzisiejszego popu.

Tak jak powiedziałem: 30 lat temu można jeszcze było coś odkryć. Dzisiaj wystarczy wystąpić w "Idolu" czy "X-Factor" i już jesteś sławny, a przecież nie masz nic do powiedzenia. Robyn, Beyoncé Knowles, Ladytron, Lady Gaga – wszystkie je bardzo lubię, ale one podbierają najciekawsze pomysły sprzed lat. To samo działo się zresztą w latach 80., tylko że obok powstawały nie tylko interesujące jak dzisiaj projekty, ale też nowatorskie. Oczywiście można się inspirować, tak jak my Kraftwerk. Ale kopiowanie zabija, staje się pastiszem. Większość z muzyków, którzy tak jak my wracają po latach, zjada swój własny ogon. Kopiują to, co się sprzedawało, i to mi się nie podoba.

Ale przecież sam 12 lat temu stworzyłeś girlsband Atomic Kitten, który trudno uznać za nowatorski.

Udało się stworzyć coś, co się bardzo dobrze sprzedawało. Artystycznych wielkich ambicji przy tym nie miałem, ale nie żałuję tego. Wtedy właśnie ostatecznie przekonałem się, że tym światem rządzi kasa i zakłamanie.

Pamiętasz waszą pierwszą wizytę w Polsce w 1985 roku?

To było dziwne przeżycie. Przyjechaliśmy do was prosto z nagrania programu telewizyjnego w Niemczech. Nie mieliśmy nawet próby dźwięku. Nie widzieliśmy też ludzi, bo graliśmy na środku stadionu Dziesięciolecia, a publika stała jakieś 50 metrów od nas. Słyszeliśmy tylko ich hałas. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że mamy tu tylu fanów. Niestety podczas obecnej trasy nie ma polskich koncertów. To dziwne, bo jest kilka krajów, jak Polska właśnie czy Włochy, Hiszpania i skandynawskie, gdzie nas nie zapraszają. Szkoda, bo chętnie byśmy do was przyjechali.