Na płycie "Wszyscy muzycy to wojownicy, a wszyscy artyści są zajebiści" eksperymentuje pan z językiem, bawi się neologizmami. Fascynuje pana polszczyzna jako tworzywo muzyczne?

Wojciech Waglewski: Uwielbiam nasz język. Ubolewam nad tym, że wielu zdolnych muzykantów nie zdaje sobie sprawy z potęgi polszczyzny. Ale muszę przyznać, że nie od razu przekonałem się o jej sile. W czasie stanu wojennego znalazłem się w Europie Zachodniej, gdzie spotkałem cudzoziemców zachwyconych brzmieniem polszczyzny. Tak się złożyło, że w tym czasie słuchałem "Deszczy" Baczyńskiego w wykonaniu Ewy Demarczyk, której interpretacja bazuje na urodzie języka. Wtedy dotarło do mnie, jakim potężnym materiałem dźwiękotwórczym jest polszczyzna. Tyle spółgłosek ma chyba tylko portugalski i to jest genialne. Dobrze znam angielski, ale nie wiem, ile musiałbym siedzieć za granicą, żeby z taką łatwością bawić się regionalizmami, jak mogę robić to z polszczyzną. Możliwość żonglerki lingwistycznej jest niezwykle inspirująca.

Tymczasem wielu naszych rockmanów uważa, że do śpiewania najlepiej nadaje się angielski.

Bzdura. Tak rozumując, można by dojść do wniosku, że rock and roll opiera się na bluesie i tylko ta korzenna forma jest właściwa. To tchórzostwo. Oczywiście łatwiej jest komponować, podśpiewując samogłoskowo po angielsku, bo to się prościej łączy z brzmieniem rock and rolla. Ale za tym nie kryją się inne walory. Wręcz przeciwnie, śpiewając po angielsku, nie podbijemy świata, międzynarodową karierę robi się inaczej.

W jaki sposób?

Trzeba wyjechać – najlepiej w młodym wieku – do Londynu albo Nowego Jorku, posiedzieć tam, poznać zwyczaje, znaleźć kogoś, kto zasponsoruje, i po kilku latach liczyć na szansę. W Polsce, gdzie poza wielkimi miastami zapytanie o coś po angielsku grozi śmiercią lub kalectwem, śpiewanie w tym języku zakrawa na absurd. Przecież muzyka jest komunikatem. Mamy teraz dużo dobrych muzykantów, ale bardzo mało rock and rolla. Prowadząc audycję w radiowej "Trójce", mam poważny kłopot z prezentowaniem polskiej muzyki rockowej, ponieważ jest w niej bardzo mało komunikatu. Owszem, są fantastyczne zespoły typu Woody Alien czy The Black Tapes. Świetnie grają, mają znakomitą energię, ale śpiewają po angielsku i ponoszą tego konsekwencje w postaci znikomej liczby sprzedanych płyt i nieobecności w mediach. W efekcie żywot takich zespołów jest krótki, aczkolwiek życzę im wszystkiego najlepszego. Koronnym dowodem na marginalną recepcję angielszczyzny jest to, że w całej historii polskiego rocka pojawił się tylko jeden przebój, "Son of The Blue Sky" grupy Wilki.


Hit z brodą sprzed dwudziestu lat.

No właśnie. Ubolewam, że większość młodych muzyków nie uczy się na błędach i nie wyciąga z tego wniosków. Na języku opierały się przecież całe style muzyczne. Bardzo mocno zakorzeniony w języku był ważny dla europejskiej muzyki nurt Neue Deutsche Welle, czerpiący z właściwości niemieckiego, jego sposobu rytmizowania, tworzenie groove’u.

Niechęć do polszczyzny to wynik kompleksów?

Myślę, że tak. W radiowej "Trójce" jest audycja, w której zaproszeni artyści prezentują muzykę, na której się wychowali. I okazuje się, że 90 proc. zachowuje się tak, jakby dorastała w Nowym Jorku albo w Londynie, a nie nad Wisłą. Słuchali tylko Stonesów, Zeppelinów, Doorsów. Oczywiście prawda jest zupełnie inna – wielu naszych artystów wstydzi się przyznać do tego, z kim de facto konkurowali czy konkurują. Ja w młodości słuchałem Jimiego Hendriksa i mnóstwa wykonawców anglojęzycznych, ale chodziłem na koncerty Niemena, Breakoutu, Grechuty i Osjana, i tak naprawdę to jest mój kręgosłup.

Nowa płyta Voo Voo to ukłon w stronę muzyki z pana młodości, do początków rock and rolla. Co było inspiracją do tego zwrotu?

Tu dochodzimy do sfery magicznej, której nie potrafię wyjaśnić. No bo jak to jest, że bez udziału mediów nagle przez świat przebiega iskra i muzykanci z odległych stron spontanicznie zaczynają grać rocka and rolla riffowego przypominającego Black Sabbath czy Cream? Nie chcę, żeby to zabrzmiało kumotersko, ale do "Wszyscy muzycy to wojownicy" zdopingowała mnie płyta grupy Kim Nowak współtworzonej przez moich synów Fisza i Emadego. Skoro młodzi muzycy starają się grać tak, jak robiło się to w latach 60., nagrywają bez komputerowych fajerwerków, na setkę, pomyślałem, że i ja spróbuję. Grałem taką muzykę, gdy byłem jeszcze młodszy niż moi synowie dzisiaj, ale nie miałem okazji jej zarejestrować. Pomyślałem, że powinienem wrócić do tego, co chyba gram najlepiej – rozimprowizowanego rocka opartego na tektonice bluesowej i brzmieniu świetnych instrumentów, które mam.


Czyli kolekcji kilkunastu gitar?

Gitary wyprodukowane po roku 1970 nadają się na złom. Mam kilka takich, ale zachowałem je z sentymentu. Jak wariat kupuję natomiast staruchy. Niedawno byłem we Włoszech i w małej miejscowości trafiłem na antykwariat, gdzie znalazłem zbiór gibsonów, fenderów i innych gitar z lat 50. i 60. Będę tam kupował.

Co pana fascynuje w starych, używanych instrumentach?

Mają duszę. Na ostatniej płycie wróciłem do gitary Gibson Goldtop, którą kupiłem od Darka Kozakiewicza, a on dostał ją od Tadka Nalepy. Jestem absolutnie zakochany w jej charkotach, w brzmieniu przystawek P90, które brumią, brzęcza. Nabyłem kilka starych akustyków, których będę używał na koncertach. Trochę boję się kupować na eBayu, wolę dotknąć instrument, bo wtedy wiem, czy jest mi bliski. Ze starymi instrumentami trzeba walczyć, okiełznać je i ujeżdżać jak konia. Mają grube gryfy, struny umieszczone wysoko, i to jest fajne, bo w graniu musi być jakiś opór materii.

Jakim doświadczeniem była praca z Emadem, który wystąpił na płycie w roli producenta?

Syn namówił mnie na studio Maćka Cieślaka, który ma niesamowity sprzęt. Po raz pierwszy od kilkunastu lat usłyszałem tam dźwięk przesuwanej taśmy, co mnie wzruszyło. Zdecydowaliśmy się nie używać obróbek komputerowych. Nie ma na płycie żadnego edytowania, krojenia, sztukowania solówek, wpisywania riffów, wszystko grane jest tak, jak Pan Bóg przykazał. Odpuściliśmy sobie granie z metronomem, bo serce przecież nie bije równo, a pewne fałsze, niedociągnięcia, nieczystości są zupełnie naturalne. Maciek ma jakiś niesamowity szwedzki mikrofon, prototyp urządzenia używanego do udźwiękowiania filmów, niewiarygodnie naturalny, co słychać w takich utworach, w których mam pozbawiony przesteru wokal. Niesamowicie nakręcała nas atmosfera. Siedzieliśmy w zadymionym pomieszczeniu, bo Maciek strasznie dużo pali, graliśmy na żywca jak w klubie, było fantastycznie. To najuczciwsza płyta, jaką nagraliśmy, nic tu nie było sztukowane, po paru próbach usiedliśmy, zagraliśmy najlepiej, jak potrafimy.


Pracował pan z Emadem na zasadzie mistrz – uczeń?

W muzyce nie ma miejsca na koneksje. Gdybym czuł, że Emade czy Fisz nie mają talentu, tobym z nimi nie pracował. Relacja mistrz – uczeń działa w obie strony, uczymy się czegoś od siebie. Emade namówił mnie, żeby nagrywać na taśmie. Miał swój patent, jak ustawiać mikrofony, swój obraz tego, co i jak gramy, i parę rzeczy zrobił inaczej, niż zrobiłbym to ja.

Ma pan pomysł na kolejny projekt?

Prawdopodobnie w styczniu wyruszymy na trasę i dopiero jak trochę pogramy, to zorientujemy się, w jakim kierunku nasza muzyka będzie ewoluować. Nie wyobrażam sobie jednak ponownego nagrywania na cyfrze – gitara wtedy tak wspaniale nie zarzęzi. W tym sensie ta płyta wywarła na mnie trwały, nieodwracalny wpływ.

NOWE VOO VOO

Numerem "Zbroja" mógłby się zaczynać nowy album projektu Nicka Cave'a "Grinderman" albo płyta zespołu Kim Nowak Michała Sobolewskiego i braci Waglewskich. To jednak surowe, rockowe otwarcie albumu zespołu ojca tych ostatnich. Początek płyty, nad którą unoszą się opary muzyki królującej na pierwszym Woodstocku. Wojciech Waglewski i spółka grają tak, jakby pożyczyli gitary od Hendriksa ("Zbroja"), rytmikę od Johnny’ego Casha ("Gruz"), a duszący, niepokojący klimat od Morphine ("Klecina"). Krążek został nagrany na setkę – muzycy grają na żywo, bez poprawek, i to słychać. Każdy dźwięk współgra z innym, uzupełnia go i od niego zależy. Muzycy słuchają się nawzajem. Młodzi już tak nie potrafią grać rocka, chyba że są synami Waglewskiego. Gościnnie w singlu "Wszyscy muzycy to wojownicy", który promował cykl koncertów "Męskie granie", śpiewają Maciej Maleńczuk i Abradab. WP

VOO VOO | Wszyscy muzycy to wojownicy | EMI Music Poland