Z 70 piosenek, które nagrał w 1978 roku, tylko 10 trafiło na "Darkness on the Edge of Town". Z czasem płytę uznano za arcydzieło i kamień milowy rocka, a resztę sesji za zaginioną. Aż do dziś.

To, że bez "The Promise" świat był uboższy, jest jasne od pierwszych taktów utworu "Racing in the Street (‘78)". otwierającego album. Nieznana wcześniej wersja w żaden sposób nie przypomina klasycznego hymnu Springsteena. Ale ma to wszystko, co wcześniej uczyniło go popularnym – opowieść o szybkich dziewczynach i pięknych samochodach na tle ściany dźwięku stworzonej z intensywnej, mocnej muzyki. W tej formie kawałek miałby może małe szanse stać się jego sztandarowym utworem, ale na pewno stałby się przebojem. Nie został. Zamiast na płytę trafił do szuflady. Bo 32 lata temu przeboje były ostatnimi rzeczami, o jakich myślał Boss.

Nienawidził tej ksywki. W początkach kariery nadali mu ją koledzy muzycy, których z braku akompaniującego zespołu wynajmował przed każdym koncertem. Był zaciekłym wrogiem jakichkolwiek szefów i długo trwało, zanim zaakceptował ten przydomek. Kompletnie za to nie potrafił pogodzić się z presją nagrywania przebojów, a właśnie tego oczekiwano od niego po płycie "Born to Run" i po okładkach "Newsweeka" i "Time’a” (w jednym tygodniu!). Oto on, zadeklarowany indywidualista i zaciekły wróg wszystkich bossów, miał podporządkować się woli krytyków i publiczności – na to zgodzić się nie mógł. Nawet mimo że w świetle prawa w ogóle nie mógł wtedy za wiele.


W czerwcu 1976 r. wdał się w sądową batalię ze swoim byłym menedżerem Mike’em Apelem. Sprawa, zamiast trwać kilka tygodni, ciągnęła się latami i do jej zakończenia Springsteen był dosłownie uwięziony w studiu nagraniowym na maleńkiej farmie w New Jersey. Z powodów prawnych nie chciał wydawać płyty, ale jednocześnie czuł, że choćby się waliło i paliło, to on musi ją nagrać.

Potrafił stracić cztery tygodnie na szukanie brzmienia werbla. W nieskończoność poprawiał piosenki. Czasem zmieniał całe kompozycje, innym razem tylko tempo. W niektórych, jak w "Come On (Let’s Go Tonight)", która zmieniła się na "Darkness..." w przejmujące "Factory", do kosza szły teksty. W niektórych wymieniał tylko pojedyncze słowa. Na przykład w „Candy Room” wiszące na ścianie pokoju dziewczyny "obrazki bohaterów" na "obrazki zbawców". Patrząc na finalny efekt można bez cienia wątpliwości powiedzieć, że w tym szaleństwie była jednak metoda.

Żeby określić charakter swojego głosu na "Darkness...", wybrał najmniej melodyjne piosenki. Wszystko, co mogło stać się hitem, szło do kosza. Albo do ludzi – "Because the Night” trafiło do repertuaru Patti Smith, "Fire" – do The Pointer Sisters. Na "The Promise" możemy usłyszeć je w wykonaniu autora. Dziennikarzom się to nie spodobało.


Początkowo płyta nie sprzedawała się dobrze i dopiero kiedy Boss i jego E Street Band ruszyli w trasę, awansowała na trzecie miejsce amerykańskiej listy przebojów. Do 2006 roku album sprzedał się w nakładzie przeszło 6,5 miliona egzemplarzy. Dziś to absolutna klasyka rocka – jedna z tych płyt, bez których współczesna muzyka wyglądałaby i brzmiała zupełnie inaczej.

Czy Boss nie popełnił błędu, nie wydając płyty "The Promise” tuż po jej nagraniu? Odpowiedź zostawmy badaczom alternatywnej muzycznej historii. Szczęście, że teraz wyciągnął te piosenki z szuflady. To świetna rockowa płyta, w dodatku bez słabych punktów. Poza tym dla Springsteena – który od płyty "We Shall Overcome: The Seeger Sessions" (2006) ma wyraźną artystyczną zadyszkę – odkurzenie odrzuconych wcześniej piosenek musi być dobrym interesem.

BRUCE SPRINGSTEEN | The Promise | Columbia/Sony