Trochę zaczerpnęli z estetyki emo, nieco od brytyjskich kapel w rodzaju Franza Ferdinanda, odrobinę z dancepunkowych dokonań !!! czy Yeah Yeah Yeahs. Zespół, jakich mnóstwo? Nie, bo niewielu jest młodych muzyków, którzy zaryzykowaliby tak odważny krok jak nagranie koncept albumu inspirowanego muzyką Queen – taka była poprzednia płyta My Chemical Romance "The Black Parade" z 2006 roku. Ten krążek stał się przełomem w karierze zespołu – wraz z komercyjnym sukcesem przyszło także uznanie krytyków.

Poprzeczka została więc postawiona wysoko, ale My Chemical Romance nawet nie próbowali jej przeskakiwać. Po prostu zdecydowali się na nagranie zupełnie innego albumu. "Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys" nie rozwija ani muzycznych pomysłów, ani aranżacji "The Black Parade". Wraca za to do radosnej rockowej energii z pierwszych dwóch albumów, podbijanej rytmami jak z dyskotek, ale zagranej z punkową zadziornością i werwą.

To również kolejny koncept album w dorobku My Chemical Romance, tym razem opowiadający historię tytułowych Fabulous Killjoys – czwórki wyjętych spod prawa herosów, walczących z korporacją Better Living Industries. Temu pomysłowi podporządkowana została cała kampania promocyjna – jeszcze przed premierą albumu ruszyła strona internetowa Better Living. Nie ma na niej ani słowa o płycie, jest za to obietnica nowego, lepszego życia.


W teledyskach do promujących krążek singli "Na Na Na (Na Na Na Na Na Na Na Na Na)" oraz "SING" muzycy My Chemical Romance wcielają się w role Fabulous Killjoys. Ich arcywroga Korsego, szefa BL/ind, zagrał znakomity scenarzysta komiksowy Grant Morrison. Lider zespołu Gerard Way już kilka lat wcześniej wyrażał swój podziw dla Morrisona. Przyznał, że inspirował się jego twórczością, pisząc własną serię komiksową – uhonorowaną prestiżową Nagrodą Eisnera "The Umbrella Academy".

Myli się jednak każdy, kto w pomyśle na "Danger Days" widzi jedynie popkulturową sieczkę. Owszem, na albumie można znaleźć odniesienia do anime i japońskich monster-movies („Destroya"), ale to także hołd dla antyutopii w stylu „Roku 1984” Orwella czy legendarnego obrazu "Znikający punkt" (pojawiający się na płycie DJ zwany Dr. Death Defying to oczywisty odpowiednik filmowej postaci Super Soula).

A i happy endu po historii Fabulous Killjoys spodziewać się nie należy – mimo młodzieżowej konwencji My Chemical Romance nie opowiadają bajeczek dla dzieci. Być może dlatego odrzucili propozycję nagrania piosenki na ścieżkę dźwiękową filmu "Saga Zmierzch: Księżyc w nowiu". – Wielu naokoło mówiło: "Na miłość boską, nagrajcie ten cholerny kawałek" – mówił w wywiadzie Gerard Way. Odmówili, choć niejeden zespół dałby się posiekać za to, by jego utwór znalazł się na płycie, której słuchają wszystkie zakochane w Robercie Pattinsonie nastolatki. Ot, cała filozofia My Chemical Romance – są komercyjni, jednak niezależni.

MY CHEMICAL ROMANCE | Danger Days: The True Lives of the Fabulous Killjoys | Reprise/Warner| gwiazdki 4