Na scenie muzycznej działa od dziecka. Pod koniec lat 90. miała swój moment na listach przebojów w Europie i na antenie MTV. Pięć lat temu za sprawą singla "With Every Heartbeat" stała się ulubienicą blogerów spragnionych nowych brzmień i niebanalnego popu, którzy polubili też później inne śpiewające skandynawki: Annie, Sally Shapiro czy Lykke Li.

Robin Miriam Carlsson, czyli Robyn orientuje się w nowoczesnych muzycznych trendach i ma charakterystyczny wizerunek – współczesnej europejskiej klubowej diwy. Poza tym Szwedka dobrze wie, jak osiągnąć komercyjny sukces.

Mijający rok był dla niej szczególny – najpierw singlem "Dancing on My Own" tryumfowała na klubowych parkietach w Europie, potem ruszyła na trasę koncertową za oceanem u boku gwiazdy r’n’b Kelis, występowała w popularnych talk-show, została nawet nominowana do Grammy w kategorii muzyka taneczna. A do tego przez te dwanaście miesięcy ciężko pracowała nad trylogią płytową "Body Talk", której ostatnia część ukazuje się właśnie teraz.


Połowa utworów w tym zestawie to wybór największych przebojów z jej dwóch ostatnich albumów – w tym doskonały futurystyczny "Fembot" i bezwstydnie chwytliwe "Dancing On My Own". Robyn z pomocą znajomych producentów, m.in. Klasa Ahlund (Teddybears) i Kleerup, udowadnia, że w XXI wieku dobry pop nie musi być tylko pastiszem lat 80. – może brzmieć mniej banalnie. A electropopowe rytmy – dotychczas kojarzone raczej z artystami niszowymi – mogą mieć duży potencjał radiowy dzięki odpowiedniemu piosenkowemu szlifowi.

Czasem co prawda zdarza jej się przekraczać granice dobrego gustu. Dzieje się tak, kiedy w "Time Machine" pomaga jej Max Martin (producent Britney Spears, Backstreet Boys) i refren przypomina kiczowate klimaty eurodance. Albo w "Call Your Friends" czy "In My Eyes", kiedy niepotrzebnie próbuje stylizować wokal i ekspresję na Madonnę. Zresztą – ciekawe, dlaczego te najgorsze utwory z albumu ukazują się w Stanach na oddzielnym krążku "Body Talk Pt. 3"?

Nie wiadomo też, co do końca chce ugrać, zapraszając do numeru "U Should Know Better" rapera Snoop Dogga, który raczej nie pasuje do elektronicznej konwencji jej utworów. Czy tak bardzo jest zdesperowana, żeby zaistnieć na listach przebojów, czy tego typu kolaboracje traktuje z przymrużeniem oka, bo i tak na razie nie startuje w tej samej lidze co Rihanna czy Katy Perry? Tak czy inaczej nie jest to najlepsze zagranie.


Ale Robyn potrafi też przypomnieć w "Love Kills", że nie jest tylko kolejną słodką blondynką ze Skandynawii – nie tylko ma dziewczęcą urodę, ale również sceniczną charyzmę i mocny chłopięcy temperament. W "Don’t Fucking Tell Me What to Do" wymienia nawet wszystko i wszystkich, którzy działają jej czasami na nerwy – od menedżera, przez narzeczonego, telefon, e-mail, telewizor, po palenie, picie i bycie na diecie.

Robyn od innych popularnych wokalistek w Europie i w Stanach wyróżnia też to, że nie robi wokół siebie niesmacznego medialnego cyrku, nie obnosi się bogactwem i sławą, nie prowokuje zachowaniem i wyglądem.

Zamiast iść po linii najmniejszego oporu, wynajmować modnych producentów typu Timbaland czy David Guetta, forsuje własną wizję popu wywodzącą się w prostej linii z dokonań Kylie Minogue na płytach "Fever" i "Body Language". Jednak w odróżnieniu od Australijki nie jest sztucznie wymyślona przez producentów i ma większą niezależność artystyczną. Może dlatego za granicą wciąż jest postrzegana jako gwiazda alternatywna.

Oby tylko tym razem udało jej się wyjść ze swojej niszy wprost do mainstreamu – takich wykonawców w nim potrzeba.

ROBYN | Body Talk | Universal Music Polska