Elvis Presley, mimo że nie żyje od 33 lat, wciąż wydaje płyty i koncertuje. Podobny los czeka innego króla muzyki rozrywkowej – Michaela Jacksona.

Do sklepów trafił właśnie jego najnowszy album "Michael", a planowane jest kolejnych sześć (!) pośmiertnych płyt. "Michael" to pierwszy od dziewięciu lat – od "Invincible" – premierowy materiał Jacko. Od dnia wydania budził kontrowersje. Matka Jacksona Katherine w programie Oprah Winfrey powiedziała, że kilka piosenek to imitacje. Współtwórca największych sukcesów Michaela, producent albumów "Thriller" i "Bad" Quincy Jones, uważa, że album nie powinien się w ogóle ukazać.

Płyta i tak wylądowała na półkach i chociaż jest bardzo przeciętna, na pewno znajdzie miliony nabywców. Jak wszystko, na czym widnieje imię Jacko. Materiał powstał w większości w 2007 r. Piosenki jako nieskończone powędrowały do szuflady. Kilka z nich reaktywował autor przeboju "Remember The Time" Teddy Riley, tłumacząc się, że na pewno Jacko by tego chciał. Pierwszym singlem zostało "Hold My Hand" nagrane w duecie z Akonem. Z tym samym, który jeszcze za życia Jacko przyznał, że ma wątpliwości, czy Michael podczas zapowiadanych jako wielkie wydarzenie londyńskich koncertów wystąpi na żywo.


Jacko zmarł podczas przygotowań w czerwcu 2009, a jego pogrzeb podobnie jak życie zamienił się w medialny spektakl.

Michael, chcąc nie chcąc, stał się symbolem ciemnej strony kariery, przesytu, chorych ambicji, zagubienia. Łatwo jest śmiać się z jego ekscentrycznego stylu życia, wypominać, że nie nagrał od niemal 20 lat dobrej piosenki. Jednocześnie trudno znaleźć kontrargument dla twierdzenia, że to jemu pop zawdzięcza największy rozwój. W latach 80. zmienił ten gatunek, łącząc czarną muzykę z elektroniką i rockiem. Pierwszy na szeroką skalę i z takim sukcesem zaczął używać niezbędnego w działaniach zdecydowanej większości młodych muzyków samplingu. Otworzył przy tym drogę na salony czarnym artystom i pokazał, co to znaczy być popową gwiazdą w pełnym tego słowa znaczeniu. Doskonale wykorzystał przy tym telewizję, w szczególności MTV.

Znakomicie śpiewał, wyglądał i tańczył. Miał też, przynajmniej przez większą część swej kariery, wyjątkową zdolność do współpracy z wybitnymi artystami. Wspomnianym Quincy Jonesem, Martinem Scorsese (wyreżyserował klip "Bad"), gitarzystami Eddiem Van Halenem (w "Beat It") i Slashem ("Give in to Me") czy Paulem McCartneyem ("The Girl Is Mine"). Dzięki temu sprzedał ponad 750 milionów płyt na całym świecie, otrzymując przy tym 13 Grammy.


Michael zmienił oblicze skostniałego popu, stał się najczęściej coverowanym artystą, zamienił realizację wideoklipów w sztukę, a jego taniec wciąż jest inspiracją dla gwiazd popu i amatorów.

Śmieszny, zagubiony, ubrany w pseudomundur Michael Jackson to wciąż król popu i nie zmienili tego ani Lady GaGa, ani Justin Timberlake. I wciąż wytwórnie będą na nim zarabiać grube miliony. Jak na Elvisie.