Miniony wiek nie zakończył się dla muzyki pomyślnie. Nie tylko pozostała poważna luka po muzyce grunge i britpopie, ale miejsca na szczytach list przebojów zajęły rozerotyzowane nastolatki: Britney Spears, Christina Aguilera, Shakira, boysbandy N’Sync i Backstreet Boys oraz czarnoskórzy wokaliści Nelly i Usher.

W porównaniu z artystami z wcześniejszych dekad ich muzyka była wyjątkowo miałka, pozbawiona charakteru i odwagi artystycznej. Ważniejsze stały się wygląd i prowokowanie skandali. Na tle ogólnego średniactwa honoru starały się jedynie bronić gwiazdy starszego pokolenia – Madonna i Kylie Minogue. Dla nich był to kolejny renesans twórczości, a dla starszych słuchaczy nadzieja na to, że przynajmniej w radiu usłyszą czasem piosenkę, która nie będzie obsceniczna, i nie będą musieli się jej wstydzić.

Patrząc jednak teraz z perspektywy końca dekady, okazuje się, że rynek muzyczny mimo fatalnych prognoz zdołał wyhodować nowe pokolenie gwiazd – może nawet najbardziej dorodne od lat. Przede wszystkim udało się wyrwać Justina Timberlake’a z boysbandu, a Beyoncé z girslbandu, Gwen Stefani z rockowego No Doubt, Nelly Furtado ze sceny popfolkowej, zaś nawet Britney Spears z odwyku, a następnie oddać ich w ręce profesjonalnych producentów. Takie nazwiska, jak Timbaland i duet Neptunes, a za nimi też Dr. Luke, Kanye West, Will.i.Am, Scott Storch, , stały się kreatorami mody i zaczęły napędzać rozwój nowoczesnej muzyki popularnej na miarę XXI wieku. To ci producenci mieli również przez lata monopol na przeboje, doprowadzili w połowie dekady do ujednolicenia stylu: nieważne było, kto śpiewał, bo i tak kompozycje i brzmienie były takie same. Ale przynajmniej znalazło się wśród nich kilka świetnych piosenek – "Hollaback Girl" Gwen Stefani, "Toxic" Britney Spears, "Umbrella" Rihanny, "Crazy in Love" Beyoncé, których covery grały nawet zespoły rockowe.


Obok głównego nurtu muzyki popularnej, który ze Stanów zalewał całą Europę, kształtował się drugi obieg internetowy. Szczególnie widać to było na rynku brytyjskim, gdzie pierwsi artyści zaczęli wyskakiwać z profilu MySpace wprost na listy przebojów. Na czele tej rewolucji obok wielu zespołów rockowych stanęła Lilly Allen.

Motorem napędowym tej zmiany pokoleniowej stało się prestiżowe zestawienie BBC Sound of, które od 2003 roku obstawiało najciekawszych debiutantów i kreowało całe zjawiska. W ten sposób zaistniały Adele i Duffy w stylistyce retropopu, które miały przejąć schedę po Amy Winehouse, i zupełnie zjawiskowe postaci pokroju rudowłosej La Roux wywodzącej się z nurtu electropop czy Florence & The Machine, która miała być wcieleniem Kate Bush. Z jednej strony artystki starały się wyróżnić oryginalnym stylem, a z drugiej kreować na bohaterów sprzed lat. Dzięki temu muzyka pop stała się dużo barwniejsza i ciekawsza.

Wreszcie wyswobodzenie kreatywności artystów dzięki internetowi sprzęgło się z poszukiwaniami przez wytwórnie nowych gwiazd, które będą przekraczały standardy muzyczne i wyzwolą się z dotychczasowych schematów promocji. To otworzyło drogę do sukcesu dwóm najbarwniejszym osobowościom dekady.


Na scenie niezależnej była to brytyjska wokalistka ze Sri Lanki M.I.A. Wypromowała się w internecie razem z producentem Diplo trochę na partyzanckich zasadach jako obywatelka mulitkulturowego świata. Z artystycznej terrorystki stała się gwiazdą z kontraktem płytowym i propozycjami współpracy od topowych producentów.

W mainstreamie – głównie koniec dekady – należał do Lady GaGi, która niespodziewanie wystartowała z ambicjami zdetronizowania Madonny i w kilka miesięcy stała się ikoną popkultury. Jej sukces nie przeliczał się tylko na sprzedane single i albumy, ale na liczbę kliknięć, informacji na temat kolejnych kreacji oraz rozmach teledysków i występów na żywo. To ona również spięła klamrą początek i koniec dekady – jako wokalistka zależna od producentów i realiów rynkowych, a jednocześnie niezależna i kreatywna.