Zjawiskowy soulowy głos i sceniczna charyzma. Wyglądem przypomina emerytowanego czarnoskórego gangstera, ale maniery ma prawdziwego dżentelmena i ogromne poczucie humoru. – Jestem miłym gościem, ale mam nie najlepszą reputację w środowisku. Dużo narozrabiałem w młodości i do dziś potrafię się wkurzyć, kiedy ktoś próbuje mnie oszukać – tłumaczy Cee Lo. Nie jest przy tym potworem, raczej Shrekiem. Czyli sympatycznym stworem, który zyskuje przy bliższym poznaniu.

Na swój sukces pracował sumiennie ponad piętnaście lat: najpierw jako raper grupy Goodie Mob, potem wydał dwa solowe albumy, które jednak nie sprzedały się dobrze. Przełom w jego karierze nastąpił dopiero cztery lata temu, gdy jako duet Gnarls Barkley razem z producentem Danger Mouse’em nagrał megahit "Crazy". W tym roku już na własną rękę trafił na szczyty list przebojów z piosenką "Fuck You" (w wersji radiowej "Forget You").

Jego najnowszy album "The Lady Killer" to piękny hołd dla jego mistrzów – Marvina Gaye’a, Curtisa Mayfielda i Salomone Burke’a, czyli klasycznego brzmienia soul i r’n’b z wytwórni Motown oraz Stax. Ale też kawał solidnego popu. Nie ma co prawda utworów, które mogłyby konkurować z "Fuck You", ale kilka z nich ma spory potencjał komercyjny.


Dynamiczne "Wildflower" z żywą sekcją rytmiczną i eleganckimi partiami instrumentów smyczkowych. "Satisfied" podbite miarową stopą i poprowadzone melodyjnymi dęciakami oraz porywającymi kobiecymi chórkami.

Otwierający album kawałek "Bright Lights Bigger City" z linią basu wyraźnie stylizowaną na "Billy Jean Michael Jacksona i aranżacjami nawiązującymi do tematu przewodniego z wczesnych filmów z Jamesem Bondem.

Cee Lo Green – z pomocą brytyjskich producentów Paula Epwortha i Frasera T. Smitha – doskonale bawi się muzycznymi konwencjami lat 70., 60., 50.

Unika przy tym banalnych pastiszów. Nie próbuje płynąć na fali retro popu, zapoczątkowanej kilka lat temu przez Amy Winehouse i kontynuowanej przez Duffy.

Nie zależy mu, żeby konkurować pod względem erudycji muzycznej i wszechstronności z Janelle Monae czy z duetem Outkast. Po prostu wyrasta z tradycji czarnoskórych wokalistów soulowych z lat 60. i 70., od której nie chce uciekać. Jednocześnie ma wypracowany własny styl śpiewania – pełen pasji i lekkości – oraz dobre pomysły na piosenki.


Album "The Lady Killer" ma w sobie spójną historię i zmysłowy klimat z odrobiną gangsterki. Jej bohaterem jest sam Cee Lo, który w krótkim intro deklaruje wprost, że jest amantem i lekkoduchem. Zabija kobiety swoim czarem i szarmancją ("Old Fashioned"). Potrafi łamać serca ("Cry Baby"). Czasem i one wystawiają go do wiatru ("Fuck You"). Raper bawi swoimi spostrzeżeniami i skojarzeniami, a czasem naprawdę wzrusza, kiedy śpiewa "No One’s Gonna Love You" albo "I Want You".

Co najważniejsze, Cee Lo jest nie tylko doskonałym muzykiem, piosenkarzem soul i r’n’b, ale potrafi przy tym robić show jak mało kto.

CEE LO GREEN | „The Lady Killer” | Warner