O tym wydawnictwie od kilku tygodni było głośno z dwóch powodów. Po pierwsze nowością jest zrealizowanie całego albumu na iPadzie, na wszystkich etapach pracy – od nagrań do ostatecznej produkcji. Po drugie "The Fall" od 25 grudnia można ściągnąć za darmo ze strony grupy.

To miał być przede wszystkim prezent gwiazdkowy dla fanów, na których przez cały grudzień czekały niespodzianki w specjalnym "internetowym kalendarzu adwentowym Gorillaz" – maski członków zespołu do wydrukowania, zdjęcia i filmiki z trasy, gry zręcznościowe online. Nikt nie spodziewał się teraz muzycznej rewolucji, tylko kolejnego chwytu marketingowego. Tymczasem po przesłuchaniu okazuje się, że to naprawdę przyzwoity zestaw utworów.

Pomysł pojawił się w październiku 2010 r., kiedy Albarn podróżował razem ze swoim wielkim audiowizualnym show "Escape to Plastic Beach World Tour" po Ameryce – kraju, który równie często wychwalał, co krytykował jeszcze jako członek Blur. W złotych czasach britpopu na płytach "Modern Life Is Rubbish" i "Parklife" wyzłośliwiał się w tekstach na temat jego kultury i konsumpcyjnego stylu życia. Później na "Blur" i "13" złożył muzyczny ukłon tamtejszej niezależnej scenie gitarowej.


Podczas tej podróży zamiast po koncertach pić z kolegami wolał pisać piosenki na "The Fall" – inspiracji mu nie brakowało.

Każdy z jego tekstów przypomina notatkę z pamiętnika podróży – sugerują to również tytuły "Phoner to Arizona", "Detroit", "California and the Slipping of the Sun", "Seattle Yodel". Motywem przewodnim większości z nich jest – klasycznie dla amerykańskiej literatury, filmu i muzyki – droga. Albarn przemierzając niekończące się pasma autostrad, jest przygnębiony, samotny i zmęczony. Obserwuje unoszące się nad drogą torebki foliowe i majaczące w oddali pasma górskie.

Kiedy dociera do Teksasu, wznosi ironiczny hymn na cześć tego stanu z fragmentami newsów i piosenek nagranych z radia oraz wypowiedziami George’a Busha w tle. A kiedy odwiedza Kalifornię, pośród jazgotu głosów dobiegających z megafonów rozpływa się nad urokami jesiennego popołudnia spędzonego nad brzegiem oceanu. W innym utworze z charakterystyczną melancholią w głosie śpiewa o tym, że w mglisty dzień gapi się przez okno pokoju hotelowego, a potem schodzi do baru i słyszy, jak z radia przygrywają The Beatles.


Muzycznie wiele z tych utworów to bardziej instrumentalne wprawki albo niedokończone szkice. Albarn korzystał przy ich nagrywaniu tylko z syntezatorów, automatu perkusyjnego i vocoderów. Ograniczał się do wyboru jednego rytmu, kilku brzmień oraz prostej melodii – ale taka lekkość i spontaniczność zawsze były jego mocną stroną.

Nie silił się też na układanie całych zwrotek i refrenów, zdarzało mu się na przykład mruczeć po kilka zdań od połowy utworu albo w ogóle rezygnować ze słów. Przy słuchaniu płyty warto więc uruchomić wyobraźnię, spojrzeć na fotografie i ilustracje autorstwa Jamiego Hewletta, które jak zwykle w profesjonalny sposób nadają komiksowy charakter całemu projektowi.

"The Fall" różni się jednak od poprzednich płyt Gorillaz. Brakuje tu imponującego rozmachu aranżacyjnego, nie ma też prawie żadnych gości – tylko Bobby Womack, pamiętany z singla "Stylo". Również inny jest klimat kompozycji – mniej dynamiczny, a bardziej zrelaksowany i momentami senny. Bez wątpienia całość jest jednak bardzo wciągająca.

GORILLAZ | The Fall | www.gorillaz.com