Dwa lata temu debiutem "To Lose My Life..." podbili Wielką Brytanię. Teraz na rynek trafił ich drugi album "Ritual". Londyńskie trio jest wierne jednemu stylowi – gitarowo-klawiszowemu melancholijnemu graniu z przygnębiającym wokalem w roli głównej. "Ritual" jest wobec "To Lose My Life..." tym, czym dla samochodów BMW serii 5 jest seria 6 – lepiej wyprodukowaną, przemyślaną i udoskonaloną wersją poprzednika. A że pierwszy album formacji był bardzo przyzwoitym, "Ritual" jest albumem dobrym z plusem.

Trudno sobie wyobrazić, że Harry McVeigh (wokal), Charles Cave (bas) i Jack Lawrence-Brown (perkusja) mogliby nagrać zły materiał. Wystarczyło po prostu nie zepsuć tego, co wypracowali debiutem, którym zachwycały się całe Wyspy Brytyjskie.

Pierwszą trasę koncertową w Anglii zagrali jeszcze rok przed wydaniem debiutanckiego krążka. To zasługa ich przeboju "Death", który jeden z prezenterów radia BBC1 nazwał "najgorętszym nagraniem na świecie". Magazyn "NME" wymienił ich na liście nadziei na rok 2009, BBC okrzyknęło drugim obiecującym zespołem tego roku, zajęli też trzecie miejsce w kategorii Critics’ Choice nagrody Brit Awards. Nic dziwnego, że "To Lose My Life" trafił od razu na szczyt UK Chart.

Tą płytą White Lies wpisali się w indierockowy nurt reprezentowany przez Editors czy Interpol. Nagrali album prosty i przebojowy, odwołujący się do brytyjskiego gitarowego grania sprzed 20 lat. Materiał pokochali zresztą nie tylko Anglicy. White Lies zagrali koncerty w Japonii i Ameryce Północnej. Znakomicie przyjęła ich polska publika podczas Open’era 2009.


Druga płyta chłopców w koszulach spodoba się tym, których zauroczył "To Lose My Life...". Powinna też przypaść do gustu nastolatkom, które malują sobie paznokcie na czarno, i ich ojcom, którzy dołowali się audycjami Beksińskiego w "Trójce". Małolaty pokochają ich za wygląd i melodie, a ich rodzice za klimat bliski dokonaniom Joy Division i Talking Heads. Pierwszy utwór z "Ritual", "Is Love", to w całym dorobku White Lies wzór z Sevres, kwintesencja ich stylu. Prosty, dudniący rytm, energiczna gitara, kilka klawiszowych zabaw dźwiękami i wokal brzmiący tak, jakby śpiewał Ian Curtis, tylko weselej niż zazwyczaj. Do tego melancholijne teksty w stylu „miłość zawsze jest większa, niż wyrażają to słowa”.

W kolejnych piosenkach słychać echa innych kapel z lat 80., chociażby New Order, Tears For Fears czy nawet Xymox. Jednocześnie White Lies nie proponują oryginalnych melodii ani nowatorskiego wykonania. Nie kreują nowego nurtu. Rozmyślnie płyną popularną gitarową rzeką.

White Lies grają przewidywalnie, co jednak nie znaczy, że źle. Dobre melodie i znakomity wokal McVeigh bezwzględnie zasługują na pochwałę.

W wywiadach mówią, że dobrze się bawią, grając razem, i szczerze cieszą się, że mają okazję grać z takimi zespołami jak Coldplay czy Muse na największych europejskich festiwalach. Nie dorabiają do swojej muzyki żadnej ideologii, nie wylewają swoich osobistych cierpień na instrumenty i teksty. Nie chcą być drugim Joy Division, tylko ładnie wyglądającymi, dobrze się bawiącymi i grającymi chłopakami.


W byciu świetnie się sprzedającą, popularną grupą pomaga im doskonale wymyślony wizerunek – to, o czym zapomina większość polskich zespołów. Ascetyczny, czysty, zimny design mają nie tylko okładki ich płyt i strona internetowa, w ten styl wpisuje się też sceniczny zespołu. White Lies wyglądają jak łobuziaki z katolickiego uniwersytetu. Taka jest też ich muzyka. Pociągająca i pełna luzu, ale w ustalonych ramach. Nie będą nigdy dekadenccy jak Joy Divison ani mroczni jak The Cure. Za to bez problemu swoimi przebojowymi płytami wylądują na szczytach list przebojów. Nie trzeba do tego wygrywać telewizyjnego Idola czy popełniać samobójstwa. Wystarczy nagrać przyzwoite, melodyjne piosenki.

WHITE LIES | Ritual | Universal Music | 4 gwiazdki