Dlaczego "Back in Town" nagrywałeś w Londynie?

John Porter: Nie stać mnie na nagrywanie płyty w Polsce. Polscy producenci za drogo się cenią i za mało oferują. Największe wytwórnie nagrywają ciągle tych samych artystów. Ja nie jestem Lady Pank czy Bajm itd., którzy mają wyrobione "polskie brzmienie". Ja mam swój własny styl. Takiej płyty jak "Back in Town" nie mógłbym nagrać w Polsce. Nie mówię, że brakuje tu dobrych muzyków, ale nie ma muzyków naprawdę doświadczonych. Ludzie w Londynie od razu wiedzieli, o co mi chodzi i co chcę zrobić. No i mówili w moim języku.

Prace w studio trwały zaledwie 12 dni? Od razu wiedziałeś, jak ma brzmieć ten krążek?

Właściwie nie. Oczywiście mniej więcej wiedziałem, co chcę zrobić i jak ma wyglądać płyta, ale któregoś dnia słuchając nagrań demo stwierdziłem, że wszystko jest do kitu. Zacząłem od początku. Zajęło mi to pół roku. To mało czasu, biorąc pod uwagę, że mamy z Anitą małe dziecko i koncertujemy. Dopiero wtedy ta płyta nabrała swojego kierunku i wyrazu. To nie jest składanka piosenek, tylko pewna zamknięta całość. Do Londynu jechałem już z pełną wizją tego, co chcę zrobić. I wtedy rzeczywiście wszystko poszło już bardzo szybko.

"Back in Town" to jest twój powrót?

Nie w rozumieniu jako "come back", to jest po prostu powrót do tego, co robiłem dawniej. Wracam na stare śmiecie.

Czyli lepiej jest tworzyć muzykę samemu?

Duety to bardzo fajna sprawa. Z Anitą nagraliśmy trzy dobre płyty, ale każdy z nas ma własne pomysły i własny wyraz artystyczny. Postanowiliśmy wydać następne albumy osobno. Najpierw Anita pracowała nad swoją płytą, a ja zajmowałem się domem, a teraz zamieniliśmy się rolami.

Płyta jest zawsze sumą jakichś przeżyć czy doświadczeń artysty. O czym w takim razie mówi "Back in Town"?

To jest podróż. Od początku założyłem, że będę unikał typowych piosenek o miłości, nie chciałem też robić kolejnej, rockowej płyty.

Wyszedł mroczny album...

Zawsze byłem mroczny, a kiedyś mieszkałem nawet na ulicy Mrocznej na Grochowie. Każdy z nas ma swoją ciemną stronę i ja swojej dałem ujście na tej płycie. To najprostszy a zarazem jeden z najbogatszych muzycznie krążków w moim dorobku.


Piosenka "Back in Town" kojarzy się z westernem.

Bardzo dobrze. Ukłon dla Clinta Eastwooda! To taki element z mojego dzieciństwa. Jako mały chłopiec uwielbiałem kowbojów, to byli moi bohaterowie.

Wydajesz płytę i co dalej? Będziesz koncertował?

Premiera płyty jest 18 marca, dzień wcześniej gramy promocyjny koncert w Och Teatrze, a potem zobaczymy. Trasy nie planuję, czasy miesięcy spędzonych na koncertowaniu się skończyły. Zmieniła się kultura słuchania muzyki.

Podobno muzycy często kończąc pracę nad jednym projektem już mają w głowie kolejny album. Ty też myślisz nad następnym krążkiem?

Tak, też już mam kolejne pomysły. Mam projekt o naturze kryminalnej - dużo surowej gitary - klimat bezlitosnego krajobrazu. Myślimy też nad nowym wspólnym projektem z Anitą. Na tym polega twórczość - na nieustannej pracy nad nowymi pomysłami.

Dlatego artyści nie przechodzą na emeryturę.

Jeśli nie masz pomysłu, co zrobić dalej, to znaczy, że możesz powiedzieć sobie "dziękuję bardzo, fajnie było" i zakończyć pracę. Śmierć będzie moją emeryturą.

John Porter to walijski muzyk od 1976 roku mieszkający na stałe w Polsce. Współpracował z Maanamem, Maciejem Zembatym oraz tworzył muzykę z własnym zespołem Porter Band. W ostatnich latach dużym sukcesem cieszyły się jego albumy nagrane z Anitą Lipnicką, z którą połączyła go nie tylko muzyka, ale i miłość. Premiera "Back in Town" już 18 marca.