Jesteś absolwentem prestiżowej BRIT School, miałeś dzięki temu łatwiejszy start?

Jamie Woon: Nie, ta szkoła nie wyrabia kontaktów w show-biznesie. Na przykład dostajesz na zajęciach takie zadania: musisz stworzyć zespół z wybranymi kolegami z klasy i w ciągu semestru napisać razem z nimi siedem piosenek. W zależności od zainteresowań możesz też pracować nad wizerunkiem, tańcem, głosem, piosenkami, produkcją. Pamiętam, że niektórym już wtedy wydawało się, że są wielkimi gwiazdami pop.

W końcu tę szkołę kończyły też Adele, Katie Melua, Kate Nash, Leona Lewis, Amy Winehouse. Znałeś je?

Byłem jednym z pierwszych roczników, więc żadnej z nich niestety nie spotkałem. Nikt z moich znajomych nie zrobił większej kariery. Udało się tylko Amy Winehouse, ale ona była o rok niżej i chyba ostatecznie nie zrobiła dyplomu. Miała przecież zbyt dużo innych problemów. Za to poprosiła mnie kiedyś, żebym wystąpił przed nią na koncercie jako support.

Miałeś jeszcze jeden atut na starcie – twoja matka jest cenioną pieśniarką folkową.

Prawie cała moja rodzina zajmuje się muzyką, ale szczególnie dzięki niej moje dzieciństwo było wyjątkowe. Uwielbiałem, kiedy śpiewała mi kołysanki albo razem muzykowaliśmy. Zabierała mnie w trasy koncertowe i czasem na nagrania. Dorabiała sobie jako wokalistką sesyjna, więc jako gówniarz mogłem kręcić się po studiu, spotykać różne gwiazdy i podglądać, jak realizator dźwięku siedzi sobie przy wielkim stole i kręci gałkami.


Jak mama zareagowała na  "Mirrorwriting"?

Była zadowolona, bo nie mogła doczekać się mojej pierwszej płyty. To przecież jej zawdzięczam swoją wszechstronność i szerokie zainteresowania muzyczne. Tak jak ona chcę być przede wszystkim pieśniarzem i najważniejsze są dla mnie dobre piosenki. Zresztą zaprosiłem ją, żeby zaśpiewała w chórkach w kilku utworach.

Dlaczego tak długo czekałeś z wydaniem pierwszej płyty? Przez sześć lat przed debiutem grałeś koncerty, sam sprzedawałeś swoje piosenki. Nie miałeś propozycji kontraktu czy nie chciałeś wiązać się z wytwórnią?

Nie oszukujmy się, co dzisiaj może dać wytwórnia? Może wcisnąć twoje piosenki do radia i zająć się marketingiem. A mój pierwszy singiel "Wayfaring Stranger" pięć lat temu puszczali nawet prezenterzy w BBC. Miałem też menedżera, który ogarniał sprawy organizacyjne. To on pewnego dnia rzucił: – Słuchaj Jamie, puszczę twoje piosenki kilku ważnym ludziom w Londynie i zobaczymy, co będzie.

Co udało wam się utargować w wytwórni Polydor?

Okazało się, że dobrze znają moją muzykę, bo od pewnego czasu mówiło się o mnie na mieście. Kontrakt został jasno sformułowany: ja jestem artystą i przynoszę im muzykę, a oni są wydawcami i zajmują się biznesem. Ich problem, jak ją sprzedają. To było na początku 2009 roku, dostałem od nich dodatkowe dwa lata na zebranie materiału i budżet nagraniowy. Dzięki temu płyta "Mirrorwriting" brzmi inaczej niż dema – ma nowocześniejszą produkcję, jest bardziej różnorodna i również popowa. Mogłem nawet sam zatrudnić ludzi do pomocy, m.in. Buriala, więc jestem z niej w pełni zadowolony.

JAMIE WOON | Warszawa, klub 1500m2 | sobota | godz. 21.00