"Gore" to po staropolsku nieszczęście, a ruta – polna roślina. Cierpka w smaku i trująca w większych dawkach, ale w dawnej Polsce stosowana do odpędzania czarów i zła. Ale dla Macieja Szajkowskiego, modus operandi projektu, ruta to nie tylko zioło. – Od początku wiedziałem, że ten zespół musi się tak nazywać. "Ruta" kojarzy się ze staropolskim słowem "zrucić", czyli obalić stary porządek, jak w piosence "Ksindza z kazalnicy zrucić". Ale też z "lutą". I faktycznie, pomysł połączenia determinacji chłopów z ekspresją punk rocka to prosty między oczy.

"Siłą rażenia" płyta "Gore" dorównuje debiutanckim albumom Body Count i Rage Against The Machine. Tyle że w wersji village. Sześć metalowych strun fideli płockiej jazgocze jak średniowieczna gitara elektryczna. W tle dźwiękowa nawałnica: piłują skrzypki, buczy trąbita, brzęczą blachy, łomocze buzdygan i żałośnie zawodzi piła. Do tego wykrzyczane gniew, krew, głód i poczucie beznadziei. A wszystko w sprinterskim tempie, z hardcorowo-bokserską dramaturgią ("luta – wycofanie – luta") i garażową, czy może raczej stodolną, chropowatością.

Brudne brzmienie to zresztą idée fixe Szajkowskiego, który zanim odkrył folk i założył macierzystą Kapelę Ze Wsi Warszawa, przewinął się przez kilka punkowych grup. To on wymyślił, żeby w R.U.T.A. ramię w ramię i gardło w gardło stanęli obok siebie 30-letni folkowcy z zespołów: KZWW, Orkiestry Rivendell i Mosaic oraz dobiegający już pięćdziesiątki dawni bohaterowie Jarocina: Guma (Moskwa), Nika (Post-Regiment) i Robal (Dezerter). I – tak jak przewidywał Szajkowski – nie tylko zaiskrzyło, ale wręcz zawrzało. Gniew połączył pokolenia. Kamil Rogiński z Orkiestry Rivendell napisał muzykę, za wzór biorąc kawałki punkowych klasyków Gorilla Biscuits i Shame 69, a Robal tak głośno krzyczał w "Precz", że przesterowały się mikrofony w studiu. Efekt jest tak żarliwy i sugestywny, że musi minąć trochę czasu, byśmy uzmysłowili sobie, że "Gore" to nie muzyczna rekonstrukcja, ale luźna interpretacja zapomnianych przyśpiewek i pieśni.


– Czułem przez skórę, że choć nie weszły do etnograficznego kanonu Oskara Kolberga, muszą gdzieś być – wspomina Szajkowski. Na pierwszą jaskółkę trafił dawno temu, kiedy jeździł po wsiach w poszukiwaniu żywych pieśni ludowych, które jego macierzysta kapela mogłaby ocalić od zapomnienia. Po przeczytaniu "Historii chłopów polskich" Aleksandra Świętochowskiego miał już pewność, że się nie myli. I pomysł na to, co będzie robił przez kolejne dwa lata. Tyle bowiem zabrało Szajkowskiemu i jego – jak ich nazywa – wolontariuszom: Mateuszowi Dobrowolskiemu i Oldze Mędrzejewskiej, przeczesywanie bibliotek i archiwów w poszukiwaniu tekstów pieśni antyfeudalnych i innych śladów niesprawiedliwości społecznej oraz okrucieństwa szlachty wobec włościan. Nie było to łatwe nie tylko dlatego, że polski chłop do lat 50. XIX wieku był analfabetą i nie mógł spisać przyśpiewek pełnych pogróżek i okrucieństwa, które można trzeba było śpiewać w konspiracji przed panem. Przecież nie dla ozdoby za każdym dworem stały dyby i szubienica.

– Szczycimy się, że nigdy nie posiadaliśmy kolonii – mówi Szajkowski. – Ale też tak naprawdę nie były one Rzeczpospolitej potrzebne, bo system feudalny pozwalał do woli kolonizować chłopów pańszczyźnianych. W dodatku bez ruszania się z dworu. Bo jak w XVII wieku pisał Anzelm Gostkowski w swoim podręczniku prowadzenia folwarku: "Podstawą dobrej gospodarki są dwie rzeczy: pańszczyzna i szubienica". "Gore" to nieznany dotąd dokument losu, jaki człowiek zgotował człowiekowi. Opowieść o gniewie, głodzie, brance w rekruty i świadectwo krzywd, jakie przez wieki cierpiało 80 proc. staropolskiego społeczeństwa.

Kiedy posłucha się singlowego "Z batogami", "Lamentu chłopskiego" czy "Nie boję się pana" przestaje dziwić, że u Żeromskiego chłopi dybią na życie powstańców styczniowych, a Jakub Szela miał czelność zgotować szlachetnie urodzonym rabację galicyjską. Płyta R.U.T.A. jest bowiem brakującym ogniwem polskiej kultury, która przez wieki była zdominowana przez panów. Po niej cały kurs literatury polskiej traci sens.

– Jest to – jak mówi Szajkowski – odtrutka na wpajany w szkołach: sielski obraz polskiej wsi oraz romantyczne mity o Kmicicu i dworkach pod bocianimi gniazdami. Piękne i szlachetne bajki, które mają tyle wspólnego z prawdą historyczną co "Władca Pierścieni” czy „Trzej muszkieterowie”.

Co więc nie jest bajką? Kiedy po rozmowie z pomysłodawcą R.U.T.A. zastanawiałem się, czy w kanonie lektur szkolnych są jakieś pozycje, które nie przekłamują staropolskiej feudalnej rzeczywistości, okazało się, że owszem – jedna. Średniowieczna "Satyra na leniwych chłopów". Bo na "Gore" cały czas "chytrze bydlą z pany kmiecie". I to jak nie wiem co.

R.U.T.A. | GORE | Karrot Komanndo