Od premiery poprzedniej płyty The Kills „Midnight Bloom” minęły trzy lata. W tym czasie Alison Mosshart poświęciła się pracy z Jackiem White’em, a Jamie Hince związał się z Kate Moss. Czwarty album The Kills „Blood Pressures”, który właśnie ukazał się na rynku, pokazuje, że muzyce duetu wyszło to na dobre. Są przynajmniej trzy powody, dlaczego „Blood Pressures” może oczarować.

Pierwszy i najważniejszy to muzyka oraz wokal. Już pierwszy numer z "Future Starts Now" daje dobry obraz tego, co się dzieje na tej płycie przez ponad 40 minut. "Blood Pressures" to bardziej ostry i psychodeliczny album od poprzedniego The Kills. Króluje tu brudna, bluesowa gitara Hince’a oraz seksowny, lekko zachrypnięty wokal Alison. To album, na którym powracają do korzeni, kiedy wyraźnie królowały w ich piosenkach nawiązania do The Velvet Underground. Brzmią, jakby chcieli połączyć bluesa z grunge’em. Słychać, że wokalnie Alison dojrzała, w czym duża zasługa Jacka White’a, który zaprosił ją do swojej supergrupy The Dead Weather. Mosshart śpiewała również gościnnie z Placebo i Primal Scream, a na potrzeby soundtracku do filmu "Sucker Punch" wykonała cover "Tomorrow Never Knows" Beatlesów. Teraz śpiewa rytmicznie jak Johnny Cash i mrocznie jak Nick Cave. Potrafi też zachrypnąć jak Marlena Dietrich w doskonałej balladzie "The Last Goodbye". Hince zresztą również pokazuje swoje wokalne możliwości, śpiewając niczym John Lennon balladę "Wild Charms".

The Kills czarują też znakomitymi tekstami. Przykładem ich siły jest zestawienie śpiewanego przez Alison numeru "DNA" z tekstem Jamiego z "Wild Charms" z tekstem Mosshart, zaśpiewanym przez niego. W jednym i drugim padają słowa o tym, jak duży urok rzucili na siebie, poznając się ponad dziesięć lat temu. Alison śpiewa "stałam się mroczna i dzika". Jamie odpowiada: "zamieszałaś w moim życiu". Jedna piosenka uzupełnia drugą.


Warto wsłuchać się też we wzruszający tekst "Last Goodbye" – Alison śpiewająca "nie chcę kochać na pół gwizdka, wiedząc przy tym, że to nigdy nie przerodzi się w prawdziwą miłość".

Trzeci powód, dla którego warto zwrócić uwagę nie tylko na ostatni album The Kills, ale w ogóle bliżej poznać duet, to ich image. Ona, uznana w lutym przez magazyn "New Musical Express" Najgorętszą Kobietą Roku z mocnym, często specjalnie lekko rozmazanym makijażem. Jej fanem jest Karl Lagerfeld. Na okładkach, także "Vogue’a", pozuje z papierosem, pokazując przy tym środkowy palec. Nie przypomina już wokalistki z poszarpanymi, krótkimi włosami i rozciągniętej koszulce z początków swojej kariery w punkowym zespole Discount. Na scenie wije się seksownie i flirtuje z publiką. Sama zresztą przyznała w jednym z wywiadów: – Nikt nigdy tak naprawdę nie tańczy na naszych koncertach. Tylko się na nas gapią.

Hince również nie schodzi z okładek gazet, ale przede wszystkim brukowców. To za sprawą romansu z modelką Kate Moss. Para w zeszłym roku wzięła ślub, zamieszkała w Highgate – najbardziej eleganckiej dzielnicy Londynu w domu za 8,7 miliona euro. I tu dochodzimy to kontrargumentu w zachwycie nad The Kills.

W ciągu ostatnich trzech lat z rockowo-bluesowych, mrocznych muzyków zamienili się w celebrytów, którzy nie widzą nic złego w zagraniu koncertu podczas pokazu nowej kolekcji bielizny. Angielskie brukowce mają sporo argumentów, nazywając ich "triumfem stylu nad treścią" czy "zespołem chłopaka Kate Moss".

Przestaje to być jednak wadą, kiedy włączy się płytę "Blood Pressures". Bo The Kills oprócz skutecznego wejścia w świat brytyjskiego show biznesu wiedzą też, jak grać niekomercyjną, znakomitą muzę.

THE KILLS | Blood Pressures | Domino/Isound