Dziś już nikt nie nagrywa takich albumów. Najnowsza, dwunasta solowa płyta Paula Simona jest z jednej strony po staroświecku lapidarna – trwa nieco ponad 38 minut, z drugiej zaś błyskotliwa.

Simon twierdzi, że album "So Beautiful or So What" brzmiałby lepiej, gdyby Bob Dylan zgodził się zaśpiewać z nim w tytułowej piosence. Ale Bob miał na głowie ważniejsze sprawy. Teraz pewnie pluje sobie w brodę, bo krytycy nie mają wątpliwości, że "So Beautiful or So What" to najlepszy krążek Simona od 20 lat, od kiedy wraz z brazylijskimi bębniarzami nagrał "Rhythm of Saints".

Jest tu zdecydowanie mniej rytmu, a więcej melodii. Bo po raz pierwszy od dwóch dekad Paul zaczynał pracę nie od stukania w bębenek, ale od znalezienia odpowiednio zaskakującej sekwencji akordów na gitarze.

Wszystkie nowe utwory brzmią lekko i zaskakująco radośnie, zdecydowanie nie jakby powstawały w piekielnych mękach. Do tej pory Simon nie zaprzątał sobie specjalnie głowy Bogiem. Jak przystało na Żyda urodzonego w czasie wojny, nigdy nie był dewotem. Nie zastanawiał się nad życiem, wiecznością i całą resztą. Ale ponieśli i wilka. Wprawdzie zarzeka się, że egzystencjalna tematyka nowych piosenek wykrystalizowała się podczas pracy, jednak trudno oprzeć się wrażeniu, iż odpowiedzialny za to jest wiek – w tym roku muzyk skończy 70 lat.

Na "So Beautiful or So What" ani jeden dźwięk nie zdradza metryki Simona. Głos Paula brzmi czysto i młodo. Jakby miał nie 70, ale 17 lat. Jak twierdzi, to kwestia bhp – od lat nie pali, nie pije, nie zażywa, dużo sypia i przestrzega diety.


Poza jego anielskim tembrem płyta "So Beautiful or So What" nie ma innego muzycznego mianownika – przypomina azjatycki bazar, gdzie można kupić i mydło, i powidło, i dywan. Korzenny blues miesza się z elektronicznym beatem ("Love Is Eternal Sacred Light"), amerykański folk-rock łączy z "gadającymi bębnami" made in India ("Dazzling Blue") i hollywodzką orkiestrą ("Love And Hard Times"), a gitarze akustycznej w romantycznym boju (sześć strun przeciwko dwudziestu jeden) z tradycyjną senegalską harfą kora sekundują bambusowe flety angklung z Bali. W tej atmosferze Simon czuje się jak w domu, przecież od ćwierć wieku włada wszystkimi językami muzyki świata.

Nie byłby jednak sobą, gdyby nie podjął się nowych wyzwań – całkowicie rezygnuje z basu, co potęguje wrażenie melodyczności, i sampluje. W "Love is Eternal..." "z pudełka" grają nam więc Chris Bear z Grizzly Bear i nieżyjący bluesowy harmonijkarz Sonny Terry. Z kolei w "Getting Ready for Christmas Day", brzmiącym jak wypadkowa electro bluesowych hitów Moby’ego ("Play", 1999) i antywojennego hymnu PJ Harvey ("Written on the Forehead"), na podobnych zasadach zagościł śpiewak gospel, wielebny J.M. Gates.

Oddając głos czarnoskóremu kaznodziei z lat 40., Simon cofnął się do swoich bezgrzesznych lat. Ale piosenka ta nie jest sentymentalną podróżą muzyczną, a raczej pretekstem do odkrycia, że tak jak dziecko wygląda Świętego Mikołaja, tak samo niecierpliwie w jesieni życia człowiek czeka na śmierć.

Ale nie zawsze jednak jest równie patetycznie. Stawiając pytania o sens życia i śmierci, Simon nie unika sytuacji humorystycznych: jego Bóg jeździ fordem rocznik 96, a kiedy wydaje się, że zaraz udzieli rady swojej zbłąkanej owieczce, z ust Najwyższego pada tylko zwierzęcy okrzyk (ze starego szlagieru Gene’a Vincenta) – "Be-Bop-a-Lula". Bo też płyta "So Beautiful or So What" nie jest dowodem religijnej konwersji, ale spojrzeniem na świat z dystansu siedemdziesięciolatka. Simon sam znajduje odpowiedź na dręczące go pytania. To miłość i muzyka – tylko one są w stanie przeżyć śmierć.

PAUL SIMON | So Beautiful or So What | Universal Music