Czym różni się "Destroyed" od "Hotel", twojego innego albumu inspirowanego życiem w hotelach?

Moby: Tamta płyta była bardziej konwencjonalna, wręcz popowa. "Destroyed" jest bardziej eksperymentalna, mroczna. Panuje na niej taka atmosfera jak w pustym pokoju hotelowym o drugiej nad ranem, kiedy siadasz przy oknie i patrzysz na opustoszałe ulice miasta.

Ile czasu w roku spędzasz w trasie?

To zależy od roku. Kiedy powstawał ten materiał, promowałem akurat "Wait for Me" i spędziłem w trasie ponad 300 dni. Robiłem sobie oczywiście przerwy, wracałem na kilka dni do mojego studia w Nowym Jorku i nagrywałem pomysły, które wcześniej szkicowałem w pokojach hotelowych.

Co jest dla ciebie najgorszą stroną takiego życia na walizkach?

Brak możliwości oddychania świeżym powietrzem. Kiedy jesteś ciągle w ruchu między hotelami, lotniskami, samolotami i autobusami, to nie odczuwasz żadnego zapachu, wilgotności ani nawet temperatury, bo wszędzie jest włączona klimatyzacja. Wtedy naturalnie pojawia się potrzeba, żeby znaleźć się choć na chwilę w lesie, wśród drzew, odetchnąć pełną piersią i się zrelaksować.

Masz sposób na przetrwanie takich długich maratonów?

Przez wiele lat moje podejście było takie, żeby jak najwięcej pić i chodzić na imprezy. Jak się domyślasz, to się nie sprawdza na dłuższą metę, później na kacu ciężko gra się koncerty. A przecież podczas wyjazdów to właśnie występy są najważniejsze. Marnujesz czasem dzień albo dwa, żeby gdzieś dotrzeć i zagrać zaledwie dwie godziny. Szkoda to potem schrzanić. Dlatego w trasie prowadzę zdrowy tryb życia, dobrze jem, ćwiczę i staram się wysypiać.


Zabierasz z sobą w podróże książki, filmy albo płyty?

Wolny czas z reguły spędzam na czytaniu książek. Niestety – to trochę wstydliwe – wybieram te najbardziej gówniane, które można kupić na lotnisku, czyli tanie kryminały i thrillery o CIA. Czerpię z tego dziwną satysfakcję, po ambitniejsze rzeczy z zakresu semiotyki czy teorii fotografii wolę sięgać na spokojnie w domu.

Robisz zdjęcia?

Rzeczywiście, podczas ostatniej trasy oprócz pracą nad muzyką w hotelach postanowiłem też jak najwięcej fotografować. W związku z tym do "Destroyed" będzie dołączony album ze zdjęciami mojego autorstwa, które nawiązują w dużym stopniu do koncepcji płyty. Powraca w nich temat pustki, zagubienia w anonimowym tłumie, w wielkich salach. Czuję się w takich miejscach niezbyt komfortowo, wolę zaszyć się w swoim pokoju i tworzyć.

Nie lubisz roli gwiazdy?

Moim marzeniem w wieku 19 lat było studiować semiotykę i filozofię, a później zostać profesorem. Muzyka była zawsze dodatkowym zajęciem, do tego niezbyt dochodowym. Nie spodziewałem się, że sprzedam miliony płyt.

Czasy największych sukcesów komercyjnych masz już chyba jednak za sobą?

Sześć lat temu rzeczywiście chciałem robić nowoczesną i oryginalną muzykę, a jednocześnie liczyłem się z tym, żeby mogła lecieć w radiu i podobała się w wytwórni. W końcu uznałem, że nie da się jednocześnie robić muzyki, którą się kocha, i sprzedawać jej w milionach egzemplarzy.

Przy płycie "Wait for Me" wspominałeś, że duży wpływ miały na ciebie poglądy Davida Lyncha.

Przyjaźnimy się od kilku lat i w jednej rozmowie zwrócił mi uwagę, że żyjemy w kulturze, gdzie sztukę ocenia się tylko na podstawie tego, jakie przynosi zyski. Na przykład ludzie podziwiają Lady GaGę głównie dlatego, że sprzedała tak dużo płyt i plików z piosenkami. A ja nie mam już ochoty brać udziału w tym wyścigu. Album "Wait for Me" z założenia nie był więc nastawiony na komercyjny sukces, tylko miał dać mi satysfakcję z samego tworzenia. Tak samo jest też z "Destroyed".

Ale na koncertach grasz stare hity?

Są one po to, żeby dawać ludziom radość. Jeśli ja idę zobaczyć Rolling Stones, to chcę usłyszeć "Satisfaction". Skoro mam piosenki, które się podobają ludziom, to je gram. Za to na płytach mogę sobie eksperymentować.

Jeszcze jakieś wnioski z sukcesu?

Tak, żeby zawsze robić taką muzykę, jaką się kocha. Bo nawet jeśli nie sprzedasz nigdy żadnej płyty, to przynajmniej będziesz miał satysfakcję z tego, co zrobiłeś. Najgorzej jest zmuszać się do robienia muzyki komercyjnej, której samemu się nie lubi, a potem ona nie spodoba się też publiczności. Wtedy to prawdziwa porażka.

MOBY | Destroyed | EMI Music