Funkowy klawisz, dudniący bas, proste perkusyjne tło, skrecze i walka między MC słowami: "Tak, to znowu my, dajemy wam więcej, nigdy mniej/ Powrót przed mikrofon jako antydepresant", i dalej: "Będziemy imprezować o prawo do walki/ Zróbcie hałas, jeśli jesteście ze mną". Tak numerem "Make Some Noise" Beastie Boys, jeden z najważniejszych zespołów ostatnich 25 lat, zaczynają swoją nową płytę "Hot Sauce Committee Part Two". Tym sposobem bez ogródek odnoszą się do swojego debiutu z 1986 roku "Licensed to Ill", który był najlepiej sprzedającym się krążkiem rapowym lat 80. i pierwszą tego typu produkcją, która trafiła na szczyt listy "Billboardu". To właśnie na tej płycie znalazł się pierwszy wielki hit Beastie "Fight for Your Right", do którego muzycznie i tekstowo nawiązuje "Make Some Noise". Podobnie jak doskonały film krótkometrażowy z wmontowanym teledyskiem do tego numeru, który jest kontynuacją klipu do "Fight for Your Right" właśnie. „Hot Sauce Committee Part Two” pełen jest odniesień do przeszłości Beastie Boys – do najlepszych jej fragmentów.

Na tej płycie nie ma już postpunkowego, instrumentalnego, nudnego grania z poprzednika "The Mix Up". Jest za to zabawa soczystymi samplami i punkowa bezczelność, także w tekstach, którą biali chłopcy żydowskiego pochodzenia zdobyli szacunek w czasach, kiedy rap wydawał się zarezerwowany dla czarnych.

Ta płyta miała się ukazać dwa lata temu, ale choroba Adama "MCA" Yaucha przekreśliła te plany. Na szczęście wyzdrowiał i Beastie Boys mogli przypomnieć współczesnym fanom rapu i muzykom, jak wyglądały początki MC w latach 70. W numerze "Too Many Rappers", na którym gościnnie śpiewa Nas, jest zdanie klucz do tego albumu: "Za dużo raperów, za mało MC". Wraz z MCA, Ad-Rockiem i Mikiem D Nas wspomina złote, freestyle’owe czasy MC z raperskich imprez w czarnych dzielnicach Nowego Jorku. Na zmianę zarzucają się tekstami, jeden odpowiada rymowanką drugiemu, bawiąc się funkowym rytmem. Zupełnie jak na płycie "Licensed to Ill". Różnica jest taka, że 25 lat temu Beastie Boys dolali świeżej krwi do raperskiego świata. Bojowej krwi, o czym przekonali się chociażby Public Enemy, których pod koniec lat 80. Beastie Boys supportowali.


Czarni raperzy z Public byli wtedy uważani za hardcore’owców gatunku, ale to Beastie szokowali ze sceny, zamykając tancerki w klatkach, bawiąc się ogromnymi sztucznymi penisami, prowokując publikę, co często kończyło się aresztowaniami. Po 25 latach od tamtych szaleństw nie muszą już ani szokować, żeby zwrócić na siebie uwagę, ani niczego udowadniać. Skupiają się na dobrych, rytmicznych bitach i celnych tekstowych spostrzeżeniach.

Kawałkiem "Lee Majors Come Again" wracają do swoich punkowych korzeni, "Long Burn the Fire" i "Funky Donkey" to pokaz ich funkowych możliwości i fascynacji Jamesem Brownem, w "OK" bawią się elektroniką w stylu "Intergalactic" z 1998 roku. W "Don’t Play No Game That I Can’t Win" w towarzystwie Santigold udowadniają, że nie jest im obce reggae. Jest też prosta zabawa MC w „Nonstop Disco Powerpack”, gdzie popisują się swoimi słownymi możliwościami. Całość podana w znakomicie zaprojektowanej, zabawnej wersji na CD i winylu.

"O, mój Boże, tylko spójrzcie na mnie, dziadziuś rapuje od 1983 roku" – deklamuje Ad-Rock w "Too Many Rappers". Ten dziadziuś, wraz z innymi dziadkami, Mikiem D i MCA, powinni wykładać na Harvardzie charyzmę, umiejętności tekstowe i dystans do siebie i muzyki. Na razie Michael "Mike D" Diamond, zamiast spokojnie prowadzić swoją wytwórnię płytową Grand Royal Records i blog o winie, Adam "Ad-Rock" Horovitz – grać w filmach (ma za sobą role m.in. w "Przydrożnych prorokach" i "Pocałunku przed śmiercią"), a Adam "MCA" Yauch – realizować filmy, uczą rapu swoim nowym albumem. I robią to znakomicie.

BEASTIE BOYS | Hot Sauce Committee Part Two | EMI Music