Jakie widzisz zmiany w pracy w naszym kraju po tylu latach przerwy?

Pati Yang: Na czas nagrań stworzyłam studio w starym mieszkaniu w centrum Warszawy, w związku z tym pracowałam we własnym świecie, w enklawie, z której obserwowałam Polskę oczami kogoś obcego. Z przykrością stwierdzam, że echa komunizmu wciąż wydają mi się żywe w sposobie myślenia, a to smutne i bezpodstawne. Polacy wciąż nie rozumieją, jak wielki potencjał kryje za sobą wspieranie indywidualizmu, artystów, ludzi myślących inaczej. Szanuję krytykę, kiedy jest konstruktywna, a tu często niestety zakrawa ona o pustą agresję.

Tymczasem dla Europy Zachodniej Polska jest tajemniczą kopalnią talentu, kojarzymy się ze wspaniałą literaturą i sztuką, szanuje się naszą rzetelność i pracowitość. A my jako naród wciąż mamy bezsensowne kompleksy. Na świecie moją muzykę często określa się mianem ambitnego popu, w Polsce natomiast słyszę, że jestem artystką niszową. Komercyjne rozgłośnie konsekwentnie bojkotują moje nagrania, mimo że prywatnie wszystkim się podobają.

Pracę nad "Wires and Sparks" skończyliście w Manchesterze. W jaki sposób inspirowało cię to miasto?

Z Manchesteru pochodzi wiele zespołów i artystów, których cenię – w Anglii mówi się, że tutaj musi być coś specyficznego w wodzie. Niesamowite, ile to miasto wydało na świat muzyki! To się naprawdę czuje. Tu wszędzie jest mnóstwo dźwięków. Anglicy poradzili sobie przy tym z piractwem, bo większość ludzi wspiera muzykę, płacąc za nią.

Mówisz, że to płyta o komunikacji – co twoim zdaniem najbardziej ją dziś zakłóca?

Myślę, że zakłócenia są jedynie subiektywnym złudzeniem. Choć rzeczywiście komunikujemy się zupełnie inaczej niż 10 lat temu. Nasze osobiste kapsuły komfortu są bardziej szczelne. Można przecież porozumiewać się przez SMS-y i e-maile bez konieczności rozmowy. Czasem zamykam się we własnym świecie i nie rozmawiam z nikim nawet przez tydzień, a mimo to mój świat nie staje w miejscu. Obecne formy komunikacji przyzwyczajają nas do izolacji, więc "iskry na łączach", czyli "wires and sparks", istnieją w "przestrzeni międzykomórkowej", jeśli przyjąć, że każdy z nas jest w społeczeństwie jak komórka w organizmie. Nie możemy bez siebie żyć, a jednak żyjemy w osobnych wszechświatach.

Śpiewasz bardziej odważnie, częściej modulujesz głos. Skąd ta zmiana?

Częściowo jest to wywołane otwarciem emocjonalnym. Emocje tłumi się właśnie w gardle. Pod koniec 2009 roku, tuż zanim podjęłam decyzję o rozwodzie, w ogóle już nie mogłam śpiewać. W dużej mierze jest to też zasługa Joe, to on podchwycił w moim głosie barwę, której wcześniej nie wykorzystywałam w pełni, zachęcił mnie do śpiewania z mocą.


W jaki sposób wspomniany Joe Cross, producent płyty "Hurts", miał wpływ na brzmienie albumu?

Usiedliśmy przy stole i Joe zapytał: jak żyjesz, o czym są twoje piosenki? Początkowo wszystko, co pisałam, miało w sobie dużo smutku, wyglądało na to, że będzie to kolejna płyta o cierpieniu. Nagrywając, obserwowałam, jak tekstowo i stylistycznie coraz bardziej podnoszę się z gruzów, jak piszę i śpiewam coraz mocniej.

"Wires and Sparks" to dla mnie płyta przewrotnie nawiązującą do lat 80., nie tych kiczowatych, ale piosenkowych, z rysą artystyczną spod znaku Kate Bush.

Te odniesienia pojawiły się samoistnie. Rzeczywiście w Anglii słyszałam porównania do Kate Bush albo Dave'a Gahana. Mogę tylko pochylić głowę z szacunkiem, bo przy nich jestem raczkującym szczylem.

Śledzisz scenę klubową?

Uwielbiam dubstep, ciężki, w stylu Caspa. Czasem, kiedy gdzieś w pobliżu jest impreza z taką muzą, idę do klubu i tańczę, dopóki nie padnę. Przy dobrym nagłośnieniu ciężki dubstep po prostu zabija. To są momenty, kiedy cieszę się, że mieszkam w Londynie.

PATI YANG | Wires and Sparks | EMI