Marcus Miller: Miles z muzykami prawie nigdy nie rozmawiał
Wybitny basista jazzowy Marcus Miller powraca do nagranego 25 lat temu wspólnie z Milesem Davisem albumu "Tutu".
- Od Chopina po Stinga i Lady Gagę. Muzyka w 2010 roku
- Złoto dla Herbiego Hancocka
- Wszystko o jazzie
- Jazzowo i metalowo w Warszawie
- Marcus Miller na początek Ery Jazzu
- Jazzman Marcus Miller zagra w Szczecinie
- Davis i Miller – jazzowi czarodzieje
- Zobacz jak celnie strzela Rihanna
- Javier Limon w towarzystwie zdolnych dam
- Norweska gwiazda zagra jazz na Starówce
- Zaprojektuj płytę Milesa Daviesa
- Boks wiedzy i przyjemności
- Możdżer gra Komedę na żywo
- Urbaniak z gwiazdami w Teatrze Wielkim
- Możdżer zagra Komedę i otrzyma Platynową Płytę
- Michał Urbaniak: Kochałem i grałem jazz
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Środa 2012-05-23

temp. min 8°C max. 28°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Podczas koncertu, który znalazł się na albumie "Tutu Revisited", na scenie na wzmacniaczu widać małe figurki postaci. Czyżby Miles Davis w takiej formie był z wami podczas wspominkowej trasy waszego wspólnego albumu?
Marcus Miller: Niestety to nie Miles. To Bruce Lee i Chuck Brown – jeden z najsłynniejszych wykonawców popularnego w Waszyngtonie stylu go-go. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, skąd mam tę figurkę. Bruce'a Lee za to dostałem od japońskich fanów. Sześć lat temu napisałem piosenkę o takim tytule. Raz postawiliśmy go na wzmacniaczu, żeby nam towarzyszył, i tak został naszą maskotką. Czasami dołącza do niego właśnie Chuck. Był też Beethoven, ale się złamał, więc wypadł z grupy. Mam też Michaela Jordana, ale figurka jest tak fajna, że trzymam ją w domu.
Muzycy, z którymi grasz "Tutu" na nowo, są niemal w takim wieku, jak ty, kiedy pracowałeś z Milesem. To nie przypadek?
Chciałem, żeby materiał brzmiał współcześnie, najprościej było więc skorzystać z jazzowej młodzieży. Saksofonistę Aleksa Kana poznałem na słynnym w Stanach college'u w Bostonie. Miałem tam tygodniowe seminarium parę lat temu. Perkusistę Ronalda Brunera Jr. znam już od 14. roku życia. Znakomicie się rozwija. Na początku nie słuchał innych na scenie, teraz, kiedy ma 26 lat, to się zmieniło i jest doskonały. Na pierwszym "Tutu" używałem automatu perkusyjnego. Teraz Ronald na żywej perkusji tchnął w tę muzykę nowego ducha. Christian Scott na trąbce miał najtrudniejszą robotę. Pracowałem z nim wcześniej na paru płytach. Bardzo ważne było dla mnie, że jest mocno osadzony w tradycji, ale stara się przy tym grać współcześnie. Wielu dzisiejszych jazzmanów opiera się na tradycji jazzu, ale nie szuka dla niego przyszłości, tak jak robił Miles. Scott też tak robi. Federico Penia również grał ze mną przez parę lat. Klawisze są na "Tutu" bardzo ważne, dlatego skorzystałem z pomocy doświadczonego i znanego mi muzyka. Wszyscy czuli się pewnie trochę jak ja podczas nagrywania oryginalnego "Tutu". Chociaż nie wiem, czy dla nich gra ze mną jest tym samym, co dla mnie gra z Milesem. Wiedzą jednak, że to dla nich szansa na odkrycie się, a ja mam świadomość, że mogę pomóc znakomitym młodym muzykom.
Jak wyglądała twoja praca z Milesem? Czy Davis wprowadzał cię w zakłopotanie tak jak jego Charlie Parker, o czym wspominasz w dokumencie dołączonym do "Tutu Revisited"? Odgrywał się na tobie?
Czasami mogło to tak wyglądać. Miles z muzykami, z którymi grał, prawie nigdy nie rozmawiał. Pozwalał grać, co czujemy. Domyślaliśmy się tylko, czy dobrze robimy, jak kiwnął głową. Wymagał dużo własnej inwencji, co u mnie powodowało na początku uczucie braku komfortu, ale szybko do tego przywykłem. Zrozumiałem, że w ten sposób stwarza możliwości rozwoju. Praca nad "Tutu" wyglądała nudno, bo w studiu pracowałem sam z inżynierem dźwięku. Kiedy miałem gotowe dźwięki, dzwoniłem po Milesa, przyjeżdżał i słuchał, komentując. Następnie grał swoje partie do podkładów, wychodził i wtedy ja dokładałem więcej, i znowu do niego dzwoniłem, przyjeżdżał i kończyliśmy.
Jak wtedy traktowałeś "Tutu", niektórzy mówili, że to już nie jest jazz?
Nie traktowałem tej płyty jako jazzowej. Chciałem, żeby miała dźwięki lat 80. i charakterystyczne brzmienie Milesa. Dlatego powstał miks tego, co Miles grał w latach 50., 60. i współczesności. Nie było to dla mnie specjalnie nowatorskie, bo w Nowym Jorku, gdzie dorastałem, zawsze miksowaliśmy wszystko ze wszystkim.
Poznałeś wtedy Michała Urbaniaka, który też zagrał na "Tutu". Mówił, że w Nowym Jorku tworzyliście specyficzną muzyczną społeczność.
To były ekscytujące czasy, końcówka lat 70. i 80. DJ i komputery nie były wtedy tak popularne, więc muzycy mieli co robić. Graliśmy gdzie popadnie, w domach, knajpach, na ulicy. Byliśmy otwarci na wszelkie pomysły.
Czy nie było tak, że Miles trochę przytłaczał jazz i może robi to dalej? Jest on i długo, długo nic?
Myślę, że jest kilka takich postaci. Oprócz Milesa, John Coltrane, Herbie Hancock, Wayne Shorter. Siła Milesa polegała na tym, że otworzył jazz na inne gatunki. Niektórzy jazzmani dobrze się czują, będąc schowanymi w jazzie, jakby w innym świecie. Miles tak nie miał. Nie lubił, jak ktoś myślał: gram tylko jazz, to jest mój świat, a z innymi nie gadam. On kochał szukać inności. Dlatego był ważny.




















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!